Kto go znał?
Żartował, że dożyje wieku chrystusowego
Trzeciego
maja minęła szesnasta rocznica śmierci Wojciecha Bellona. Za życia nazywany
“mistrzem", stał się legendą, kiedy odszedł.
- Chodziliśmy razem do podstawówki i liceum w Busku Zdroju - opowiada Grażyna Kulawik. - Zawsze się wyróżniał.. Obowiązywały nas wówczas mundurki: ohydne, szare, z niebieskimi lampasami. Wojtek nosił marynarkę, ale zakładał do niej sztruksy w ciapki i czerwone albo żółte skarpetki.
Podczas szkolnej choinki zorganizował happening. Nie wiadomo, do czego zmierzał, bo kiedy chłopcy rozebrali się do kalesonów, dyrektor powiedział “stop" i zdjął Wojtka ze stanowiska przewodniczącego samorządu uczniowskiego.
Już wtedy, pod koniec lat 60., powstawały jego pierwsze utwory. Bellon słuchał zachodnich nagrań: Boba Dylana, Rolling Stonesów, The Who. Interesował się literaturą, kabaretem, teatrem, kinem, malarstwem. Nie mógł żyć bez ludzi i bez przyrody. Wraz z przyjaciółmi stale uczestniczył w pieszych rajdach lub wycieczkach rowerowych.
Naprawdę wolna grupa
Po maturze w 1971 r. wybrali się całą paczką na miesięczną wyprawę w góry. Dotarli na Giełdę Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. Wystąpili tam jako Wolna Grupa Bukowina, zdobywając nagrodę za piosenkę “Ponidzie".
Przez lata zbierali laury na festiwalach, ale wciąż nie myśleli o sławie czy pieniądzach, choć stali się popularni. Jeszcze zanim wydali płyty, ludzie nagrywali ich “kawałki" na koncertach. - Nigdy nie nastawialiśmy się na karierę, nie mieliśmy menedżera, nie reklamowaliśmy się - podkreśla Grażyna Kulawik.
Oprócz niej stały skład grupy stanowiło dwóch Wojciechów: Bellon i Jarociński, oraz Wacław Juszczyszyn. Zespół miał otwartą formułę. Ktoś przychodził, ktoś odchodził. Przewinęło się 50 osób. Jedną z nich była Elżbieta Adamiak.
Poznali się w połowie lat 70. na Przeglądzie Piosenki Turystycznej w Żaczku. - Zanim spotkałam Wojtka, znałam jego wiersze - opowiada piosenkarka. - Postrzegałam go jako natchnionego, nieobecnego poetę. Wyobrażałam sobie, że jest szczupły, nosi okulary i lata nad ziemią.
Zamiast tego, ujrzała postawnego mężczyznę z krwi i kości, dowcipnego i mocno stąpającego po ziemi. Do tych dwóch “twarzy" przyzwyczajała się kilka lat.
Romantyk nierozmemłany
Swoją żonę, Joannę, Wojtek Bellon poznał w 1973 roku w Świnoujściu. On przyjechał na festiwal studencki FAMA, ona na wczasy. Kiedy się skończyły, waletowała w famowskich kwaterach. Później wyjeżdżali już razem: na koncerty, w góry. On się troszkę zalecał, ona “nie bardzo chciała być jego narzeczoną". Adorował ją jednak z takim wdziękiem, że nie mogła długo się opierać.
Kiedy była chora, opiekował się nią, trzymał za rękę. Raz przyszedł z gitarą. Dał jej pomarańczę i oświadczył, że ma prezent - piosenkę. Poczuła się niemal uleczona. Ta piosenka to “Kołysanka dla Joanny". Ta pierwsza. Drugą napisał już po ślubie.
- Nie był takim rozmemłanym romantykiem. Dostrzegał to, co piękne i dobre wokoło, ale nie jęczał z zachwytu – mówi jego żona.
Do krakowskiej paczki Wojtka Bellona należeli znani prześmiewcy i “kabareciarze", więc obawiała się konfrontacji z ich ciętymi językami. Niepotrzebnie. Ich złośliwości mieściły się w granicach żartu, nigdy chamstwa.
Kiedyś, w Boże Narodzenie, odwiedziła go w Bieszczadach, gdzie dyżurował jako ratownik GOPR-u. - Zobaczyłam go - mężczyznę gór. I gdy spojrzałam w jego niebieskie oczy, to przepadłam - wspomina Joanna Bellon. Pobrali się w 1977 roku w Szczawnicy. Rok później urodziła się im córka Ola.
- Prowadziliśmy dom otwarty, wiecznie ktoś ciekawy nocował - opowiada żona Wojtka. - Rozmawialiśmy do białego rana na mądre tematy. Sami zresztą też nie gadaliśmy w domu wyłącznie o kotletach.
Urok i charyzma Wojtka sprawiały, że nie miał wrogów. Kochał ludzi, a oni to czuli. Nigdy nie różnicował ich na lepszych i gorszych, ewentualnie na bardziej i mniej interesujących.
W życiu rodzinnym Joannę denerwowało wieczne czekanie na męża pędziwiatra. - Cenił wolność i uczył mnie, by nie być uwiązaną, żyć tak, jak chcę, nie zapominając o odpowiedzialności. Podkreślał, że nie chodzi o to, by stale się trzymać za rączki, lecz o akceptację i tolerancję.
Choć od śmierci męża minęło już 16 lat, nie spotkała nikogo, kto mógłby go zastąpić. - Drugą osobę docenia się w pełni dopiero, gdy jej zabraknie - tłumaczy żona artysty. - Poza tym z wiekiem, zamiast przywiązywać wagę do szczegółów, widzi się bardziej całościowo. Nie potrafię wyliczyć strasznych wad Wojtka, bo takich nie było. Wiem, to brzmi jak laurka, ale on sobie na nią zasłużył.
Bieszczadzki majster
- Jak każdy artysta, miał kruchą konstrukcję wewnętrzną - uważa Grażyna Kulawik. - Trawił go ogień, którego wybuchy sprzyjały tworzeniu, a jednocześnie spalały go od środka. Żył krótko, lecz tak intensywnie, że można by to rozłożyć na następne dziesiątki lat.
“Mistrz" miał w sobie magnes przyciągający przedziwnych ludzi. Chętnie się przed nim otwierali. Nikogo nie odrzucał. Ciekawsze postacie wplatał do tekstów. Choćby Majstra Biedę - prostego człowieka, który rzucił wszystko i pojechał w Bieszczady. Sklecił sobie budę z desek na przełęczy, zbierał jagody i grzyby. Kiedy Wojtek zaśpiewał mu tę piosenkę, trochę kręcił nosem:
- Majster tak, ale Bieda?
Potem był już tylko dumny, gdy nucono: “Skąd przychodził, kto go znał? Kto mu kiedy rękę podał, kiedy?..."
Jak każdemu artyście, Bellonowi zdarzało się coś zawalić. - On nigdy nie był taki “jeden do jednego", inaczej niż my, prości, skonstruowani “odtąd - dotąd". On się za bardzo w tych ramach nie mieścił, zawsze coś mu wyskoczyło - tłumaczy Grażyna Kulawik.
Raz Wolna Grupa Bukowina zaczęła bez niego koncert, bo lider gdzieś przepadł, a widownia zaczęła już tupać, gwizdać. Skończyli grać “Majstra Biedę", a tu poruszenie: Wojtek przedziera się przez tłum i wchodzi na scenę. Przywitał obecnych i tradycyjnie “na początek" zapowiedział właśnie wykonany i utwór. Koledzy zaczęli mu dawać znaki więc dodał: - Mówią, że to już było... No, to “Majster Bieda" na drugą nóżkę!
Dwie lampki
Podczas stanu wojennego wszystko się rozmyło. Założyli rodziny, zamieszkali w różnych miastach, każdy miał swoje zajęcia. Potem tylko sporadycznie skrzykiwali się na występy.
Wojtek czuł się osamotniony. Mieszkał w Krakowie i próbował wiązać koniec z końcem. Żeby utrzymać rodzinę, nawet rozwoził mleko.
Na początku lat 80. związał się z Wałami Jagiellońskimi. Podczas jednego z wyjazdów obiecał załatwić kolegom darmowe bilety do kina. W trakcie seansu zniknął. Kiedy wrócił, zapytał: “Panowie, podobał się film? No to róbcie zrzutkę.” I wyjaśnił: “kino mieliście za darmo, bo wypiłem koniak z kierowniczką, więc to na ten koniak”.
Innym razem nie dotarł do Brzeska na towarzyski mecz muzyków. Zjawił się przed końcem i tłumaczył, że jechał okazją ze strażakami. Zagadali się, bo popijając wódeczkę znaleźli wspólny temat. Straż z Buska Zdroju wygrała w zawodach pożarniczych.
- Jak mu się zapalały dwie lampki w oczach i pojawiał uśmiech pod wąsem, wiadomo było, że zrobi jakiegoś psikusa - wspomina Grażyna Kulawik. - Kiedyś w pociągu zaczepił dwie studentki. Zaczął snuć swoje historie, kulturalnie i porywająco. Gdy usłyszałam, że mówi o kloszardach, ścierpłam i schowałam głowę pod płaszcz. One zasłuchane, zapatrzone... a on nagle kończy bulwersującym akcentem, żeby bawić się sytuacją.
Te same światy
Z Adamem Ziemianinem poznali się nietypowo. Poeta miał w Nowym Żaczku spotkanie autorskie, na którym dwóch młodzieńców zadawało mu “dość podchwytliwe pytania". Potem podeszli i przedstawili się: Wojtek Bellon oraz Krzysztof Piasecki. Siedzieli razem do późnych godzin nocnych.
- Nadawaliśmy na tych samych falach. Czuliśmy te same klimaty, te same światy poetyckie - wyjaśnia Adam Ziemianin.
Z późniejszych wspólnych podróży powstał cykl reportaży “Z Bellonem po kraju".
Pod koniec kwietnia 1985 roku, tuż przed śmiercią Bellona, pojechali z programem “Gitarą i piórem" do Włodawy, gdzie odbyły się dwa koncerty: w domu kultury oraz w więzieniu. Wojtek przeżywał szczególnie ten drugi. Więźniowie zaskoczyli go pełnym skupieniem i prośbami o bis.
Kiedy wrócili do Krakowa, Bellon nakłonił przyjaciela do spaceru, żeby oglądnąć świt na Floriańskiej. - A potem poszedł na swój “Kaźmirz" i więcej go nie zobaczyłem – wspomina poeta.
Żal,
że tego nie dożył
Picie “w towarzystwie” przemieniło się w nałóg wyniszczający organizm. – Pamiętam ostatnią rozmowę z Wojtkiem, tydzień przed jego śmiercią – opowiada Grażyna Kulawik. – powiedział, że musimy się sprężyć i odbudować grupę. Cały czas tego pragnął.
Starał się zbagatelizować chorobę.. Odsuwał myśl o najgorszym. – Często żartował, że dożyje wieku chrystusowego, co mnie potwornie denerwowało – wspomina Joanna Bellon. – I tak się stało.
Po śmierci lidera Wolnej Grupy Bukowina dla jej członków było naturalne, że zespół też umarł. I każdy zajął się swoim życiem.
Jednak, kiedy siedem lat później zespołowi zaproponowano reaktywowanie, nie zastanawiali się długo. Bo potrzeba ponownego zawiązania grupy żyła zarówno w muzykach, jaki w wiernej publiczności.
- I zaczął się zawrót głowy: dziesięciodniowe trasy po dwa koncerty dziennie, istny szał! - uśmiecha się Grażyna Kulawik. - Bilety sprzedane na tydzień przed, ludzie walący drzwiami i oknami. Owacje na stojąco w pełnych filharmoniach. Dla nas, którzy graliśmy w jakichś klubikach, to była niesamowita historia. Żal, że Wojtek tego nie dożył.
Małgorzata Siwek
Poeta, kompozytor, pieśniarz, najwybitniejszy przedstawiciel nurtu tzw. piosenki turystycznej.
Urodził się w 1952 roku w Kwidzyniu. Mieszkał i wychowywał się w Busku Zdroju. Założyciel Wolnej Grupy Bukowina, która zadebiutowała na Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie w 1971 roku, wyśpiewując piosenką “Ponidzie" jedną z głównych nagród. W tym samym roku W. Bellon przeniósł się do Krakowa.
W ciągu następnych kilku lat występował na Studenckich Festiwalach Piosenki w Krakowie, na FAM-ie oraz licznych konkursach czy imprezach studenckich i turystycznych takich jak YAPA, BAZUNA, BAKCYNALIA.
Przez pewien czas współpracował z Wałami Jagiellońskimi, a także, wspólnie z Adamem Ziemianinem, tworzył program “Gitarą i piórem”.
Zmarł 3 maja 1985 roku w krakowskim szpitalu.
Piosenki Bellona znajdują się we wszystkich śpiewnikach turystycznych. Można ich posłuchać również na czterech płytach, wydanych już po śmierci lidera. Są to: Bukowina, “Niechaj zabrzmi”, “Sad” oraz złota kolekcja – “Pieśń Łagodnych”.