Urodził się w małym mieście, którego nigdy nie kochał. Jednocześnie było mu ono jakoś metafizycznie bliskie i odegrało ważną rolę w jego życiu. Tam też w końcu znalazł swój wieczny spoczynek. Grudziądz leżał na skraju dwóch dawnych województw, dlatego Bruno często bawił w Bydgoszczy i w Toruniu. W tym ostatnim mieście znalazł wodnistą śmierć. Ludzie pióra w jednym i drugim mieście nie rozumieli go, nie próbowali przyjrzeć mu się dokłądniej. Tylko dla zamkniętego grona osób był rzeczywistym twórcą, poetą transformującym język do grac możliwości i dochodzącym w swoich procesach twórczych do niebywałych odkryć. Większość widziała w nim tylko bełkotliwego alkoholika, nieomal grafomana. A on szedł po cienkiej strunie rozwieszonej pomiędzy świtem i zmierzchem. Czasem spotykał kogoś bliskeigo sercu, kto wyrwał go z odrętwienia, kto chłodnym rankiem zawołał: Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo... Ale przyjaciel tyle ide dał, tyle zabrał. Przyćmił go, tak jak wcześniej przyćmił świat Witka Różańskiego. I gdy ich drogi na chwilę się rozeszły pozostał smutek. Żal wypełniający niczym dym wydrążone przez ból ciało. Ale przecież dla poetów gwiezdnego szlaku nie ma końcowych przystanków, nie ma enklaw i malowniczych zakątków. Jest droga i piosenka z przenośnego tranzystora: Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji... To jest wieczność.


inne zdjęcia:
medal z Brunem