dn. 6.02.72

    Wielce Zwirowiany!
    Nie wiedziałem dokładnie, o której będę w Poznaniu, a raczej do — do. Siedziałem — w nie najlepszej formie — od 13—14.00, a potem do Wrocławia. Uroczystość była miła, przyszedł specjalnie dla mnie (?) T. Karpowicz i kier. działu literatury współczesnej Wyd. “Ossolineum". Domyślam się, że niby dla mnie, bo po uroczystości — oficjalnej! — podeszli do mnie i zaproponowali, abym, jeżeli co mam w domu albo gdzieś w wydawnictwach, tomik zaraz do “Ossolineum" złożył. Nie obiecali, że w tym roku (ale brali to pod uwagę!), ale w przyszłym na pewno wydadzą. Ucieszyłem się — to fakt! — i jadąc do domu, obiecałem sobie zaraz pisać do LSW o zwrot “Podwójnej należności" (bez łaski bo!). I sobie wyobraź, w domu leży z LSW pismo, że tomik przyjęli — mam im tylko fotografię wysłać i ew. jakieś nowe wiersze celem uzupełnienia. Umowa na mnie już czeka! Widzisz — o Zwirowiany! — co za wyc! Szkoda, że nie mam opracowanego kolejnego zbiorku, bobym wysłał do “Ossolineum". Ale za 1/2 roku to zrobię. Zatem: w LSW! Nagrodą im. T. Peipera była szklana waza + legitymacja. Żeby to była choć taka waza, jaką Ty w Poznaniu otrzymałeś, to rad bym jeszcze — ale to taka, że jej nawet nie wziąłem. Pisali mi jednak, że S. Poręba mi ją przywiezie niebawem. No, ale w końcu chodzi o... wyróżnienie! T. Karpowicz mi gratulował i poparł to wyróżnienie — i to chyba wystarczy! Był Krynicki z [...] Dałem mu “wycisk" w sraczu i zakolczykowałem... Zwrócili mi koszty podróży i 300 zł za odczytanie 4. wierszy. Zwrot kosztów podróży wyniósł więcej niż honorarium. Do czego to doszło!... Potem ZLP — Koło Młodych zorg. mi spotkanie za 3 stówy... Oj, oj. I Woj. Bibl. w Sobótce za... 8 st. Dotąd mi jeszcze nie przysłali. A czekam(y?) na nie jak na zbawienie. Bo tamte — poszły z dymem, jak sam się domyślasz! Dobrze, że tych 8. mi nie wypłacili — boby było to samo! 30 I byłem już w Łodzi. Reż. A. Różycki zaprosił mnie (tudzież E. Stachurę i J. Żernickiego) do filmu pt. “Spotkanie autorskie". Pełno kamer, ludzi, picia. Ale film nakręciliśmy, a na umowie (Wyż. Szkoła Filmowa) w rubryce aktor i rola brzmiało: poeta! Stachura uciekł i tylko my z Januszem odstawialiśmy cuda. Oj, co za cuda.
    Po drodze do Torunia zachciało nam się wysiąść w Kutnie na piwo. Wynik: zgubiłem chlebak z wierszami i tomikami Wojaczka, Czychowskiego i przyborami różnymi oraz beret. Nie mówiąc już o... zdrowiu. Dwa dni byłem w Toruniu. Leżałem na madejowym łożu bez picia alk., jedynie zimną wodę. Wiesz, bo widziałeś moje... No i potem do domu... po tygodniu! Krzywo na mnie patrzyli. Ale dzisiaj jest już dobrze! Rodzinka w komplecie i umartwienie o zdrowie córeczki. Ma okropny kaszel, gdzieś blisko kokluszu. Ale, ale... Od 22 I już nie jestem klasyfikatorem żywca. Rzuciłem tę robotę. Jeszcze trochę, a padłbym! Obmyślamy teraz z Y., jak iść dalej — bo dom trzeba utrzymać. I na to nie ma rady. Ale dobrze, że rzu-citern ten fach. Przydało się to do życiorysu itd. itp. Ale. Zobacz w waszym klubie “Ruch" (i w ogóle), czy nie ma 1. nru “Naszego Klubu" — są tam jakieś moje wiersze! Crdy tylko się trochę udobrucha wokół okolica — napiszę trochę konkretów. Pozdrawiam Was (Y. także!) najserdeczniej — Bruno. (Napisz!)



Do listu dołączona etykietka od piwa z dopiskiem po obu stronach:
  1. Do zobaczenia Dusiołki moje drogie – Bruno
  2. Moje życie w P. można by było utożsamić ze "scenami łowieckimi" T. Kubiaka: Sezon łowów króluje, / tryumfuje nagonka, / nadzieja skrzydeł krwawi / na rozpalonych chrustach.
    A teraz rodzynkę z Czechowicza “więźnia miłości”: Piersi nie po to są by wabić / lecz by się ciężkim ciałem dławić.
Tyle na dziś
Bruno