dn. 31.3.64

    Jurku Drogi!
    Doczekałeś się. A warto było — no nie! Chłopak to jednak chłopak. Zobaczysz, ile taki skrzat (staruszek na mojego wołani) przynosi radości. No, a ile obowiązków — — —? Ale damy sobie jakoś radę. Żeby tylko jakiś kącik własny — —
    Mnie dali wypowiedzenie z izby. Z tego gniotą 7-metro-wego, gdzie piec metr trzyma i ściany na pół cegły i drzwi prosto z dworu. Skurwysyny! Żebym mógł, to bym po-wyrzynał im bebechy blachą. Mam już dosyć czasami tego zasranego żywota. Ale muszę się pchać. Nie można rezygnować. Tylko zdechłe ryby płyną z prądem (przyuważ to!). A mnie czas jeszcze coś zrobić. Już nieraz nie mogę łbem wierzgnąć, ale zasuwam. Trzymam się Majakowskiego: duś, bo ciebie zduszą. Ciężko powiedziane, ale — — — Obecne stosunki dość trafnie ujął pewien Gabrycha: “świnie na stanowiskach, woły pracują, a barany chodzą do szkoły". Przesadził grubo, ale daleko nie odbiegło jabłko od jabłoni. A trzeba nie mieć oczu, by być optymistą. Nadchodzą (ba! są) czasy, o które bał się Lenin — władza w rękach czerwonej burżuazji. Co z tego wyjdzie, powinniśmy wiedzieć. Za dużo wojen było już, byśmy byli bc/ nerwów. Skończę słowami Wierzbola: ło Polsko! To tyle. Serdecznie ściskam (Warn!) rączki, przepraszam, widły, i uśmiechu życzę!

Twój Bruno (wkurwiony!)

PS. Przysłali mi z “Iskier” zawiadomienie, że pięć wierszy puszczą w almanachu.

B.


Na drugiej stronie listu mazynopis wiersza * * * A już myszy zaciągają pajęczynę antenę...