19.10.64
18.32
    Irenko Najdroższa!
    Wracaj! Wiem, czym to się może skończyć. A ja nie chcę. Rozumiesz? Nie chcę! Czyż moje przewidywania mają się spełnić? Ten okrutny sen? Ja wiem. Przekleństwem jestem. I na dodatek muszę kochać. A kocham też nie wiem jak. Niszczę wszystko. Dlaczego! Przecież chcę dobrze. Chcę budować nasz dom. Ty tego nie rozumiesz tak jak ja. Ty chcesz nieco inaczej. Ja wiem. Można się nagiąć. Ale Ty mnie torturujesz i szczęśliwaś z tego? Myślisz, że tylko Ty chcesz spokoju? Czy Ty wiesz, co to znaczy chcieć spokoju? Ciepła rodzinnego? Żebyś Ty tak zamiast mnie w tym kącie siedziała dzień i noc, dzień i noc, inaczej byś dużo rzeczy mówiła. W tej chwili nie wytrzymałem. Rzuciłem robotę przy kartoflach i piszę. Bo już nie mogę dalej. Jestem uparty. Umiem się trzymać. Ale tym razem już za daleko wszystko poszło. Tu blisko jest piorun. A jego ja się boję. Ostatecznie mógłbym się poddać. I pożegnać to — — Nie! Rozumiesz? Nie chcę. Nie mogę. Za bardzo kocham. Żebyś Ty mnie choć raz zrozumiała. Tak. Ty mnie najlepiej rozumiesz — mówisz. Ale słowa. Przypomnij sobie wszystko co dobre i co złe. Ile było w tym mojej winy? Nie mówię, że jestem w porządku. Ale spójrz na siebie. Co Ty ze mnie chcesz zrobić! Ja się bronię przed moją pierwszą i ostatnią, najmocniejszą miłością. Trzymam się, jak mogę. Nie udaje mi się to. Ty wykorzystujesz to. Wiesz przecież, jak jest. Znasz wszystkie moje chwyty. I patrzysz. Ani ręki nie wyciągniesz. Żądasz ode mnie siły tyle, na ile mnie nie stać. Przecież wiesz, że zawsze byłem zazdrosny. O wszystko. Robiłaś mi na złość. Bo Ciebie na to stać. A mnie nie. Musiałem się bronić. I teraz bym się obronił. Ale to nie jest na miejscu. Moją obroną jest tylko jedno. Ty o tym wiesz. Więc Ci mówię: wracaj! Ja nie wytrzymam. Ty możesz. Nie jesteś sama. Patrzysz w tej chwili w telewizor. Masz rodziców, masz syna. A ja? Nawet nie mam gdzie zapłakać. Hotel nieczynny. Boję się. By mnie nie poniosła chandra. Przecież chcę jeszcze coś zrobić. A bez Ciebie nic z tego. Choćbym ze skóry wyszedł. Nic. Bo czuję! A o tej sobocie zapomnij. Ja nie mogłem przyjść. Moje wnętrze było wypatroszone. Cały tydzień jaki był? Gdzie nagość nasza obłupana z soli? Nasze głowy przeżegnane gwiazdą? Mówić już nie umiem. Nigdy się nie możemy dogadać. Zawsze stawia się warunki. A ja tego nie chcę. Chcę kochać. Budować nasze życie. Nie chcę uciekać. W sobotę przyszedłem. Nie mogłem wytrzymać. Zrobiłem Ci ból. Ale przecież mnie kochasz? Co? Rozumiesz to. Musisz mi to przebaczyć. Bo wszystko zrobiłem po to, by bronić swojej miłości. Nie umiem dzielić jej. Albo albo. A może mnie nigdy nie kochałaś. Może myślałaś, że się przyzwyczaisz. Złudzenia to były — Co? Ireczko Moja Najdroższa! Już nie wiem, co mam Ci powiedzieć. Wracaj! Odeszłaś, więc musisz wrócić. Nie stawiaj się. Tu nie ma bohaterów. Tu musi się umieć przegrać. Ma być lepiej. Musimy jeszcze dużo dobrych rzeczy zrobić. Przynajmniej napisać jeden wiersz, który po nas zostanie. Tu nasza szansa. Nasz Sławek, którego mówisz — nie kocham. Ja nikogo nie kocham. Mój ty raju. Ireczko, wracaj. Byle prędko. Czekam. Rozgrzeszenie daj. Mów do mnie: mój!
    Ściskam mocno i całuję — Twój do śmierci i potem —
Ryszard