Rodowód
W lutym 1940 roku wywinąłem się z matki (o Ludwiko!) z Tarpnie na przedmieściu Grudziądza. Nad kanałem Trynka. Domu, w którym zobaczyłem (?) pierwszy raz słońce - już nie ma. Spłonął w czasie wojny. Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam mało albo też bardzo dużo. Zależy, o co będzie komu (poecie?) chodziło. Z głowy (?) na przykład nie mogą mi wyjść obrazy: dwóch zabitych Niemców w maglu, piwnica pełna szczurów, ręce podające kartofle w łupinach, matka pchająca wózek (z moim rodzeństwem) do śródmieścia w okropnej strzelaninie, z kołami w drutach (ja biegłem obok, leciały bomby, podobno wołałem: mamo, trzymaj fartuch, gwiazdy lecą), koń w kuchni na pierwszym piętrze (mieszkałem potem w niej dwanaście lat), Rosjanie z sucharami z zupą z suszonych śliwek... Siostra (Betty), brat (Henryk), ojciec... na frontach. Niezapomniana wędrówka z Grudziądza do Łasina, odległego o 21 kilometrów miasteczka: w rowach, na polach pełno spalonego, powykręcanego żelastwa i martwych koni (dziadek Teodor nożem obcinał tym koniom ogony - na pędzle)... W Łasinie spędziłem kilkadziesiąt miesięcy. Zbieraliśmy kłosy zbóż, liście tytoniu, korzenie buraków... W domu się "toto" tarło, gotowało, piekło (dziadek zażywał tabakę)... A potem znowu Tarpno: szkoła podstawowa, pachta, strzelanie z procy, rozbijanie niewypałów (oj, oj, strzelanie do ustawionego na Helmanie lustra z karabinu bez kolby) ... I ojciec (Józef) murarz. Pełno murarzy w zachlapanych wapnem kapeluszach. Puc. W rodzinie ojca, oprócz jednego fryzjera (za kim się wdał: pytali), wszyscy wraz z dziadkiem byli-są murarzami. Podobno dobrymi fachowcami... Szkoła podstawowa i... przeprowadzki. Ulice: Narutowicza, Pułaskiego, Wybickiego, 1 Maja, Świerczewskiego, Forteczna... Niby to nic. A? W tym wszystkim: rozbicie rodziny. Rozwód czyli. Trzy miesiące nauki w Technikum Przemysłu Drzewnego w Jarocinie (ogromniaste wszy...). Pięć lat nauki w Technikum Rolniczym w Grudziądzu. Matura. Dyplom, zawód: technik rolnik. A 20 lipca 1958 roku: debiut literacki (wierszem: Starość dłoni) w tygodniku społeczno-literackim. W kolumnie "Wiersze młodych", którą z okazji Święta Wyzwolenia przygotował Stanisław Piętak, przeczytałem m.in.: "Co ich (czyli nas z tzw. Terenu) jednak wyróżnia, to to, że pisząc wychodzą często z doświadczeń własnego życia i z dobrej tradycji poezji polskiej, którą łatwo odczytać mimo małych liter i braku interpunkcji". I dalej. Próbowanie na studiach: Sztuki Piękne (jako żem plastyk samouk, a egzamin zdali ci, którzy nie chodzili do pracowni) w Toruniu. Nieudane. Pierwsza (sezonowa) praca w wytwórni tytoniu: jako fermentator. Potem służba rolna: agronom w Rywałdzie (jeździło się przez Gać). Kilka dłuższych podróży po Polsce. I legitymacja studencka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Na niedługo - niestety (trudne warunki materialne - no, i te dorsze...). Wędrówka do Huty im. Lenina w Krakowie. Angaż: I ogrodnik kwiaciarz. Na dość długo. Twórcze dywagacje w Kole Młodych ZLP na Krupniczej (to był wyc...). Powrót do Grudziądza. Praca: instruktor sportowy klubu "Ruch". Poznałem dziewczynę (dnia 12 września 1962 roku) o imionach: Irena, Dzidek, Honoratka, która została moją żoną (dzisiaj na imię jej Y.). Wyjazd (ucieczka?) do Lipna. Praca w mleczarni: instruktor poradnictwa żywieniowego (kaszanka na plasterki, stacja Ograszka, dużo listów...). Po kilku miesiącach powrót do Grudziądza. Praca w "Centrali Nasiennej": inspektor plantacyjny. Wesele. Syn Sławomir. Trochę nerwowych felietonów. Zmiana pracy: kierownik Powiatowej Poradni Instrukcyjno-Metodycznej Pracy Kulturalno-Oświatowej. Owa kierownica - trzy lata. Trochę korespondencji (m.in. "Życie Literackie"). Wąbrzeźno - znowu "Centrala Nasienna": inspektor plantacyjny (mój ty raju, ta trawa, nowa, ten groch, Błędowo...). Dziesięć miesięcy na WSK. I znowu Grudziądz - Kółka Rolnicze: powiatowy instruktor przysposobienia rolniczego (piękna młodzież, cielaki...)... Teraz (maj 1971 rok) mieszkam w Kalinkowej (ale już z balkonem) Dulębie. Na trzecim piętrze. W Grudziądzu nad Wisłą. Mam chyba dobrze . Mam dużo słońca. Nie wiem tylko, dlaczego we mnie tak podle... O Polsko... Chciałoby się streścić siebie tak, jak gdzieś tam Dostojewski siebie: Polacy i Ojczyzna, bez których nie mogę żyć. A co się tyczy poezji: ludzie coraz więcej, a człowieka coraz mniej. To wszystko, co innym wydaje się proste (nie prozą), to wszystko, co w powyższych linijkach i między nimi podałem - składa się na mój plecak (chlebaczek?), na moje ułomne, pokalane poezjowanie. Obym... Wyręczę się - o tym, co niby mam sądzić - Leśmianem: "Poezja żywcem się wymyka wszelkim określeniom. Określenie jest dla niej smutnym rodzajem trumny szklanej, która przejrzyściejąc - zabija. Ileż to razy, naukowo rozważając niepochwytną i zmienną istotę poezji, nic innego nie czynimy - jeno uroczyście kołyszemy w próżni trumnę szklaną w tym przekonaniu, że oczom własnym i cudzym wspaniałomyślnie rozwidniamy przyłapaną na gorącym uczynku i odtąd już posłuszną nam tajemnicę poezji. A zauważmy to mimochodem, lecz niezupełnie od niechcenia, że ilekroć poezja przestaje być dla nas tajemnicą, tylekroć my dla niej przestajemy być poetami". To rzekłszy idę w Polskę - czyli zęby rwać... Wytłumaczą mnie moje wiersze!
powrót