Spotkanie autorskie
Nie tak dawno (temu: oczywiście!) otrzymałem zaproszenie na spotkanie tak zwane autorskie, które miało się odbyć w młodzieżowym klubie "J" w byłym miasteczku powiatowym leżącym nad Wisłą. Zaproszenie podpisane było nazwiskiem mego znajomego, działacza towarzystwa miłośników swego regionu. A że nie pamiętałem, kiedy w miasteczku tym ostatnio byłem, więc z nie ukrywaną radością wsiadłem w autobus. Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy znajomego (i działacza w jednej osobie!) zastałem pod drzwiami (zamkniętymi na wszystkie - jak to się mówi - spusty!) owego klubu, w którym za pół godziny miało sie odbyć spotkanie autorskie, reklamowane na afiszu: z poetą! Znajomy kręcił się na różne strony. Co i rusz wchodził do znajdującego się w tej samej parterówce i obok drzwi klubu - biura organizacji młodzieżowej, której klub ów podlegał. Ale nic z tego. Drzwi jakoś nikt nie chciał otworzyć. Twarze młodzieżowców wyglądały zresztą jak u niewidomych. Gdy dowiedziałem się w końcu, że z imprezy tak zwane n-i-c-i, co od samego prawie przyjazdu zacząłem przeczuwać, pękła bomba, ta przysłowiowa, oczywiście, ale jednak! Bo i dowiaduję się od znajomego, że w spotkaniu, w którym miałem wystąpić, weźmie (?!) także udział kapitan żeglugi wielkiej z Gdyni (nazwiska nie zapamiętałem), który za lada moment powinien przyjechać swoim samochodem, bo (jakoby) potwierdził swój przyjazd! No, no. Ładnie cała ta historia wypadnie - powiedziałem. Bo ja to w końcu palgolicho, w galopie (niby) urodzony i daleko do domu nie mam, ale kapitan z-aż-i-do Gdyni?! I rzeczywiście! - przyjechał. Jak się potem okazało, ledwo wygospodarował ten wieczór na owo spotkanie! Wrócił bo z rejsu i szykował się do następnego. Ale skoro oficjalne zaproszenie (z: do wiadomości: PLO!) przyszło, a on kapitanem jest statku noszącego imię - nazwę tego miasteczka, więc jakże nie przyjechać... Zwłaszcza że w "programie" było także spotkanie z władzami miasta (i, ma się rozumieć, z matką chrzestną statku też! - znajomy stale kapitana informował, że dzwonił do niej, ale nikt nie odbierał telefonu!). Ale po gdzieś kwadransie przedeptywania pod klubem, na skutek pewnych wyjaśnień ze strony znajomego (na boku!), kapitan powziął decyzję męską, czyli zaproponował pojechać na kawę! "Bo nie zawsze wychodzi!" - stwierdził rozkładając dłonie. Jasne! - potwierdziłem, ale w myśleniu moim nie wyszstko było jasne; raczej poderzane jakby. A już jak miała ta impreza (łączona) wyglądać, tego do dzisiaj nie wiem. Pojechaliśmy zatem (za radą znajomego) do stylowo (z patio) urządzonej restauracji, położonej za miasteczkiem i przy samej trasie E16, a specjalizującej się w potrawach z dziczyzny. "Żeby kapitan, rozsławiający statkiem po morzach i oceanach owo miasteczko, zobaczył, że i tu cos jest, chociaż to i niby regionalne..." - jakby usprawiedliwiał znajomy swój wybór miejsca "na kawę". Restauracja owszem-owszem, ale, jak to często bywa, o nazwie zbyt górnolotnej jak na okolicę i nic nie mającej wspólnego z regionem, choć tego wieczoru serwowano w niej pieczeń z zająca! "Co panowie wybierają?" - pyta kapitan. "Pieczeń z zająca!" - rzuca pewnie znajomy. Ja biorę to samo. Rzuciłem ale okiem na cennik, bo w takich restauracjach, które się w czymś specjalizują, a zwłaszcza w potrawach "myśliwskich", to każą sobie nieźle płacić! Ale staći mnie było na takie menu. Nawet z pepsi-colą! W trakcie krajania pieczeni znajomy ni stąd, ni zowąd zasunął kapitanowi, że od niedawna siedzi w "Czasie" i napisze coś o statku. Nawet pokazał kopertę z nadrukiem niebieskim: "'Czas' - tygodnik społeczny", adresowaną do znajomego. Mnie zaś zaczął kapitanowi przedstawiać jako osobistość wysoko postawioną, tak że aż zacząłem przewidywać coś nieuczciwego, co ktoś mógłby nazwać: braniem pod b-a-j-e-r! Skończyliśmy jeść i kiedy kapitan poprosił o rachunek, znajomy poszedł do biura kierownika.
Wrócił z kelnerem, który od trzech pieczeni z zający i tyluż wód mineralnych doliczył jeszcze pół litra gatukowej wódki, czekoladę i papierosy caro. I wszystko to na koszt towarzystwa miłośników regionu! "Wpadnę jutro, to załatwimy formalności!" - powiedział pewnie znajomy, po czym włożył toto do aktówki. "Tego rachunku to przecież żadna księgowa nie zatwierdzi" - dodał z zakłopotaniem kapitan i wyjął portfel. "Ale to nie u nas, a pan jest naszym gościem!" - szybko wyjaśnił znajomy i uzupełnił, że "pojedziemy do mego domu, bo żona czeka i koniecznie chce pana poznać!" Znajomy poprosił mnie, abym zapłacił za szatnię, bo nie miał drobnych (niby!), i - mimo pewnych wzbronień ze strony kapitana - wylądowaliśmy w mieszkaniu znajomego. Żony w domu nie było, tylko gromadka przestraszonych dzieciaków oglądała w telewizji teatr sensacji. Znajomy jednak nie dał za wygraną (?). Wybiegł na schody i za chwilę przyprowadził żonę swoją i sąsiadkę, które w ogóle nic nie wiedziały o planowanym przyjeździe tak zacnego gościa! Mnie to przyjęli prawie jak swojego. Ale kawa się znalazła i kieliszki do wódeczki też. Gdy znajomy zaczął nawijać do słuchu kapitanowi o swoich planach naukowo-wydawniczych, czyli że (tu wyjął z wersalki jakąś grubą zszywkę czasopism przedwojennych, wychodzących w tutejszym regionie) będzie pisał pracę doktorską, a także wydaje książkę z wierszami (na wycinku swego wierszyka z "ilustrowanego kurierka" napisał kapitanowi i jego rodzinie dedykację!), nie wytrzymałem i wyszedłem do kuchni uzupełnic kawę wodą. Żona znajomego wymknęła się także i zdanie po zdaniu wyjaśniła jakby wszystko. Czyli: znajomy od dwóch dni nie nocował w domu, wczoraj pytała się o niego milicja, zwolnili go z pracy, w miasteczku jest spalony, choruje na megalomanię, wysyła pełno listów do różnych komitetów i redakcji!... I skąd (znajomy) ma pieniądze. I jak (pytanie) to się wszystko skończy?... Tak - pomyślałem - jak znajomy z ledwo maturą zabiera się do pisania pracy doktorskiej i wydaje książkę wuerszy, kiedy wydrukował kilka zaledwie linijek, to rzeczywiście musi z nim być źle! I chyba mundurowi nie szukają go ze względu na cudowne maniactwo? Zacząłem rozumieć, dlaczego owo spotkanie autorskie tak wypadło. A że dowiedziałem się ostatnio o zamknięciu znajomego w zakładzie psychiatrycznym w Świeciu, więc i stąd ten rozgadany być może, a i dający do się zastanowienia obraz-y-fejleton?... Chociaż kto wie, czy nie wystarczyłoby powiedzieć: "szatan - nie kogut!"...
powrót