Zsiadłe z ziemniakami

     Mleko, oczywiście! Do tego pierogi i surówka z kapusty oraz owocowy płyn. Za dwanaście złotych! Ale tylko dla członków (no, powiedzmy!) ZLP w klubie na Krakowskim Przedmieściu i, ma się rozumieć, w Warszawie! A wpadłem tu w tak zwanym biegu, by znajomego złapać, który choć rodzinę ma z żoną i dziećmi, która coś tam musi spitrasić zawsze, tu na obiadki "literackie" zachodzi. Plastykiem on z zawodu, ale do koła młodych pisarzy należy od kilkunastu już, i jeszcze! lat. A ma ich już jak w znanym serialu czterdzieści! Wydał zeszycik wierszyków i czeka na wenę. A bokami robi wystawy, czyli wykonuje do nich plansze i proponuje stojaki. Ale i to rzadko. Żyje z wynajmu swojej pracowni studentom, którą był znowu nie tak dawno wywalczył. Zresztą nie tylko on tak się tutaj urządził. A na obiadki do klubu chodzi, bo to w końcu coś... wznioślejszego. Niech żona wie, że jada tanio, ale za to nie z byle kim! Gdy go stać, to może sobie dokupić na przykład bulion z groszkiem ptysiowym (oj, oj, co to a takiego?) za złotych cztery! Bulion to i nazwa niepospolita, bo już kartoflanki (a 4,50 zł) nie kupi, woli już się pochwalić, że dołożył zero pięćdziesiąt złotego i obalił po tym wszystkim jasne, pełne piwo. Czy może "Królewskie"? Ale to tylko po to, żeby nikt spoza, ale czego? kogo? nie pomyślał aby, że można go "wpuścić w maliny"! Tak, tak, bo teraz już się faceta nie robi w konia jak dawniej! Tak, teraz koniska awansowały w wycach: lepsze idą wagonami lub specjalnymi samochodami na eksport, te robocze są dla fornala, a chabety na koninę, której nawet spod tak zwanej lady na zrazy nie dostaniesz!... Szukam znajomego nie dlatego, że wielki z niego artysta i literat i że nawet w biegu nie wypada mu ręki nie uścisnąć, ale po to, żeby mnie zaprowadził do państwa Fy., które całe maluje! Całe, czyli on i ona, bo dzieci nie mają. Wolą bardziej od dziecka Ferdynanda, psa, dla którego pięć hamburgerów to przysłowiowa fraszka. Ale mu znoszą łakocie takie, jakich często nie zobaczy się u niejednego człowieka na obiednim talerzu. Skądsiś ich widaćna to stać. A nie znam ich adresu. Swego czasu na jednym z plenerów mi go dali, ale to było dawno jak nieprawda, tak że notes zaginął i znajomy tylko może mi w tym dopomóc. Dużo od państwa Fy. nie chcę, tylko zobaczyć słynny w pewnym kręgu wtajemniczonych obraz olejny niejakiego J. Kropela, który stanowi tego plastyka autoportret, a który z woli, żeby się pani Fy. (która go notabene ponoć po kryjomu hołubiła) przypodobać - na zasadzie nie tylko przekornego kontentowania się młodzieżowym konterfektem - dał temu obrazowi tytuł "GNIDA", co w oczach wielu znawców ma stanowićo swoistej inteligencji bardzo młodego ponoć artysty. No, tak, ale trzeba zobaczyć ten obraz, by przekonać się, czy odautorski rzecznik jest rzeczywiście taki, a nie inny, jak mówią fachowcy. Byc zatem w Warszawie i nie... Ale znajomego coś nie widać. Zamawiam kawę i palę: papierosy, oczywiście! Zaciągam się jakby z musu, bo duchota tu ogromniasta, i łypie na lewo i prawo, co tak zwani literaci (trzeci odłam związku!) robią w wolnych od zajęć (?) chwilach. Nie będę wszystkich podglądał, bo tu nie moje miejsce, ale ubaw niezgorszy jest z tych dwóch (no, a naobok kupka kibiców) zramolałych "gościów", którzy zarzynają się szachami, dłubiąc w nosie i ruszając pustymi już kolanami. Patrzę także stale na drzwi, czy w końcu znajomy wejdzie, ale gdzież tam, na obiadzik zasuwają od sucharków jakieś kobiety, panowie nawet - nawet oraz młodzież jakaś, chyba też z koła młodych piszących?! O, weszło nawet dwóch zawianych. Przeszli się pomiędzy stolikami i coś tam prawią szatniarce przez deskę.
     Doszło mego ucha: "Dobrze, że Konwicki ma Dygata, który go nie posądzi..." Pomyślałem zrazu, że faceci musieli przeczytać Kalendarz i klepsydrę (tak nawiasem to klepsydry nie widziałem od podstawówki). Chyba że za klepsydry wezmę ten rulon powiększonych ogłoszeń, które wypisał inny mój znajomy (oczywiście jako wyc) na wypadek mojej śmierci, która kto wie, czy w tym roku mi nie pomoże?! Bo ten znajomy to już chyba na pewno nie! Oglądam się za kelnerką (?), bo trudno wytrzymać. A to słuchać: "Co sądzisz?" Ten temu szura coś do ucha. Tamten: "Przeczytaj, gdy wrócę (a szedł do toalety!), powiesz, czy niezłe". Synogarlica do drugiej w dżinsach perliczki: "Wiesz, co powiedziała Edziowi jego córeczka, gdy on wrócił z wyjazdu? Że mamusia z jednym panem"... I same sza-sza-sza-sza. Nie mogłem już wytrzymać! Zszedłem na dół, gdzie te obiadki jedzą, zapłaciłem i poszedłem do "Hopfera", bo tam tych plastyków jak "mrówków" tyra zawsze, choć z zadyszką, nad winem wytrawnym, a więc... Znajomego nie było, ale za sucho w gardle, więc wziąłem podwójnego rizlinga i wypiłem duszkiem. Dobrze, że było zimne! I bardzo dobrze, że wszedł Jerzy, którego nie mogłem telefonicznie odnaleźć, bobym w tak zwanym biegu wypadł z tej Warszawy pośpiesznym autobusem na Kalinkową. Jak tu można wytrzymać przy i na takich obiadkach. Nie chcę przewlekać, ale młodzi pisarze z tak zwanego terenu za samą pięćdziesiątkę podaną do obiadu płacą 11,40 zł w najtańszym barze! Nie będę także się rozwodził (choć nie wiadomo?) na temat przygodnych spotkań, które z Jerzym żeśmy odbyli, bo Jerzy otrzymał przydział pracowni z tak zwanym aneksem mieszkalnym i było gdzie już spać. Bo gdy byłem ostatnio w Stolicy, to nocowałem z kolonią jakichś artystów w pracowni znającego (tym razem) mnie plastyka, z której wyszedłem opucowany nie tylko ze wszystkich pieniędzy, ale i tylko mnie przydatnych "kosztowności". Wpadłem podobno w obskok artystycznego gangu?! Dobrze, że jest Jerzy! Kij w oko z tym tam obrazem!


powrót