Pot przypominał mi, że jestem człowiekiem


     Dzieciństwo spędzałem w czworakach wiejskich. W młodości pracowałem na roli. Wiem, czym jest ta robota. To jest samozaparcie, po prostu. Pamiętam, że kiedyś Stachura pochwalił mnie za zdanie: pot przypomniał mi, ze jestem człowiekiem. Na wsi można to najbardziej odczuć. Mówią, że chłop potęgą jest i basta - to wymysł inteligencji. Pracując na roli, zapomina się o całym wszechświecie, skupiając uwagę na życiodajnej ręce Boga, któremu wyrywa się wszystkie dary. Mój ojciec też pracował z chłopami, kiedyś nazywano go przyjacielem kułaków - przez co się wypisał z partii i był szykanowany. Był radnym w Mosinie. Założył GS i Kuchnię Ludową dla najbardziej potrzebujących - takie zupki-kuroniówki. To, co wymyślił Jacek Kuroń, znane było od dawna.
     Wyrosłem w małym miasteczku niedaleko Poznania. Gdybym miał możliwość powrotu, jeszcze raz chciałbym przeżyć to wszystko od początku. Chciałbym w Mosinie pracować w kiosku Ruchu. Klimat wsi i miasteczka to jest spanie na sianie, wstawanie o świcie, oporządzanie koni, grabienie siana, składanie snopów i... wybieranie ziemniaków.
     Stachura bardzo lubił roboty wiejskie. Był przecież synem chłopa! U Potęgowej, na wsi pod Aleksandrowem, nie przepracowywaliśmy się, to prawda. Wiecie, jak to jest na wsi. Babcia przychodzi i mówi: tu macie spać, tu macie jeść, a potem trzeba odrobić. To się rąbało drzewo, zamiatało się, naprawiało płot, to to, to owo. Tak konkretnie tośmy nie pracowali. Stachura to zmyślił! Może brzmi to jak obrazoburstwo. Żartuję, zbieraliśmy przecież kartofle.
     U Potęgowej byliśmy dwa razy, wiosną i jesienią. Poza tym Stachura był taki pracowity, że jeździł w Rzeszowskie do Janka Leżachowskiego na żniwa, co roku. Roman Samsel twierdził, że nadanie bibliotece w Iławie imienia Stachury jest nieporozumieniem i że w ogóle to był pasożyt. No, to mnie wkurwiło! Napisałem do niego list, w którym to sprostowałem. Stachura nie był żadnym pasożytem. Bo jak szedł przez pole, przez jakąś wioskę, to się zaraz najmował do pracy u gospodarza. gdy był głodny. Za swoją pracę dostawał obiad. On robił, on pracował!!! Edward był szeroki, wolny - nie lubił totalitaryzmu.
     "Cała jaskrawość" jest piękną książką i mądrą. Dostała nagrodę księgarzy. Jestem w niej alter-ego Stachury, tym prymitywnym alter ego, jego korzeniem, a on jest wyrafinowanym penetratorem "dalszych rejonów".
     Nie wszystko jest prawdziwe. Wiele jeździliśmy po Polsce. Na wiosnę pogłębialiśmy staw, wywalaliśmy muł w Ciechocinku. Mnóstwo rzeczy w "Całej jaskrawości" jest fikcją literacką, mnóstwo szczegółów zdarzyło się naprawdę. Chociaż mieszkaliśmy razem, nie wiedziałem tak naprawdę, czy on tę powieść pisał na gorąco, bo Sted z reguły pisał w nocy. Jakiś czas potem w liście do mnie napisał: Będzie o nas rzecz w "Twórczości". Wyrąbałem 120 stron. Potęga będzie. I nic więcej.

     - Powracałeś tam potem, żeby to jeszcze raz zobaczyć, przypomnieć sobie?

     Nie, nigdy. Jesienią robiliśmy u Potęgowej. Pyrki się wybierało. Lubiłem to robić, nie tylko zresztą tam. U kumpla na wsi, koło Śremu, nająłem się nawet do zbierania, bo ojciec chrapał w domu strasznie, a ja nie miałem gdzie spać, to pojechałem do kumpla. Kupowałem mięso, miałem tam parę groszy i żywiliśmy się, i pomagałem w wykopkach. To było chyba w 1978 lub 1979 roku. Byłem u niego przez półtora miesiąca.
     Babcia Potęgowa specjalnie nie harowała, bo miała rentę. Była matką chrzestną Stachury i Siostrą pani Jadwigi, matki Edwarda. Pani Jadwiga zwierzała mi się ze wszystkiego. Na stare lata pisywała o swoich problemach zdrowotnych. Tak to trwało parę lat. Pisywała do mnie zawsze bardzo oficjalnie, per panie Witku.

     - Czy masz jeszcze jakieś listy od Stachury?

     Ze trzy, cztery. Resztę posłałem Jerzemu Leszinowi do Warszawy, a on przekazał je do Muzeum Literatury. Trochę rękopisów rozdałem, trochę zginęło. Część zabrała też pani Marta Kucharska i miała oddać do Muzeum Literatury, i... do dziś nie wróciły, ślad po nich zaginął. Dyrektor Pieniążek zabrał moje osobiste rękopisy, które dosyłał mi Stachura i nic, kamień w wodę!

     - A jak to było z piciem w "Całej jaskrawości"?

     Nie było za dużo. Było tam kilka rzeczywistych zdarzeń, tak. Chyba przy ulicy Dąbrowskiego - stoimy przed kioskiem i pijemy piwo, i nagle nie dopiłem piwa i oddaję kioskarzowi, a jeden z facetów tam stojących zaraz do mnie: Panie, dopija się do końca albo się wylewa, bo potem, wie pan, gruźlica, to, śmo, i można się wrazić; tak się nie robi. Stachurę to ujęło. Zawstydziłem się i wylałem resztkę. Nie piliśmy wtedy za dużo. Tutaj więcej piłem, Stachura pił piwo, Bruno-Milczewski był fanatykiem piwa. Zbierał nalepki. Wszystkie nalepki z butelek. Czasami przylepiał je do pocztówek... Nie pamiętam teraz, które z piw było wtedy najbardziej popularne, może... "Piast"?

     - Czasami zarabialiście jednak "na chleb i wino"?

     Nie mówcie tak! Stachura nie był alkoholikiem. Kiedy już pił, pił trzy dni, potem nie pił miesiąc, dwa. Była taka zła legenda, że Stachura pił. To powiedział Artur Sandauer, że współcześni polscy poeci są zapici i zabici! Nieprawda!!! Właściwie mam takie skrupuły, bo nauczyłem się pić piwo bardzo wcześnie, ale... Stachura? Stachura mówił: może byś się napił? - i wypijaliśmy po piwku.

powrót