Czas najgorszy


     Zacząłem uciekać z domu. Wyjeżdżać z Mosiny. Po jakimś czasie dopadło mnie wojsko. Było ciężko. Dali mnie do najcięższego oddziału czołgów, chociaż początkowo obiecali na komisji, że będę pracował w bibliotece. Nie wytrzymałem. Byłem w wojsku pół roku, może pięć miesięcy. Wzięli mnie ze studiów, nie zdałem egzaminów, oblałem ze szkolenia wojskowego... Nie wiedziałem, pamiętam, jak głębokie są okopy. Pomyliłem się. W 1956 roku byłem w Biedrusku i od wtedy zaczęła się ta moja gehenna szpitalna. Od wojska zaczęła się choroba, bo trafiałem do szpitala słusznie i niesłusznie. Ojciec wysyłał mnie za jakiś tam wygłup - bo myślał, że ja już świruję, a faktycznie było inaczej. Kto wie, czy moja choroba się nie pogłębiła przez pobyty w szpitalu. W szpitalach dopuszczalne są doświadczenia lekarskie... Miałem różne rozpoznania. Jeden z lekarzy powiedział mi kiedyś: napiszę panu taką chorobę, że się nikt nie połapie. Pierwszym rozpoznaniem była schizofrenia. Byłem wtedy w Gnieźnie przez prawie pół roku. Odwiedzała mnie matka i koleżanki, i ojciec parę razy. Tak, przyjeżdżała też i pozostała część rodziny. Po powrocie ze szpitala pracowałem w księgarniach w Poznaniu: w "Rolniczej", w "Literackiej"... Podobało mi się. Pracowałem rok, dwa... Płacili, a ja wciąż bytem głodny, bo pracowałem od 10.00 do 18.00 i przecież musiałem dojeżdżać - a nie miałem obiadów. Poza tym różnie było. Potem jazdy w Polskę, ze Stachurą... Potem pracowałem trochę w "Społem", w jakimś tam zarządzie. W tym czasie też dwa razy studiowałem. Po raz drugi rozpocząłem studia w 1968 roku za namową Edwarda Balcerzana. Musiałem powtórnie zdawać egzaminy. Zdawałem pierwszorzędnie. Balcerzan był już wtedy asystentem. Najgorzej przeżywałem zawsze szpitale i... takie niezrównoważone moje życie. Chodzi mi o przypadki i sytuacje, które rozgrywają się i których żaden normalny człowiek nie mógłby wytrzymać. Ja to zniosłem, ale rozchorowałem się. Przez te wszystkie wypadki trafiałem do szpitala, przede wszystkim z powodu nie najlepszych sytuacji życiowych.
     Widzicie, nad okiem mam szramę, to jest cięcie z dzieciństwa. Naigrawałem się z jednego mojego kolegi, starszego. Potem on mnie gonił i uderzyłem głową o stopień schodów. Ojciec mnie zaniósł do lekarza... Kto wie, czy czasem te moje choróbska nie "wyszły" od tego wstrząsu!
     Ostatnie lata też nie były specjalnie "jasne" dla mnie. Były powikłane. Ze Stachurą, z Babińskim, z Milczewskim... Moim przyjacielem był Stachura! Babiński denerwował mnie.
     Najbardziej "czarny dzień" w moim życiu? Oj, to były tysiące dni. Jak jacyś faceci łazili mi pod oknem i krzyczeli, żebym... No, krzyczeli, że teraz już moja kolej, ale ja tego nie słyszałem, tylko powiedzieli mi sąsiedzi. W życiu miałem zawsze więcej przykrości niż przyjemności. Ostatnio gościła u mnie ekipa telewizji katolickiej z Giną Komasą, z Warszawy, z księdzem, i pytali, czy po czarnym dniu cierpienia przychodzi jakieś światełko nadziei. Odpowiedziałem, że tak, ale moje życie to jest pasmo udręczeń. Wystarczy spojrzeć na moje zdjęcia. W szpitalu psychiatrycznym byłem dziesięć razy. Jakoś to wytrzymywałem. Miałem tam dobrych kumpli. Lekarze też mnie lubili. Bóg dał mi jakąś laskę Mojżesza, którą jak się wbiło w skałę, tryskała woda - to znaczy, że jak coś do ludzi mówiłem, to mnie słuchali i byli do tego szczerzy. Nikt mnie nawet w szpitalu nie dotknął, nie pobił. A przecież bili się tam często. Straszne jednak rzeczy przeżywałem. Czasami myślę, skąd tyle sił wziąłem, żeby przeżyć swoje życie...
     Jestem dożywotnim członkiem klubu "Cicibór". Kiedyś często tam chodziłem. Kiedyś byłem innym człowiekiem... Znałem wielu pajaców i studenckich idoli. I co? Założyli rodziny i... nie zazdroszczę im.

powrót