Czechow jest godzien krwi
W stanie wojennym udzieliłem kilku wywiadów, co było rzeczą bardzo źle widzianą przez moich kolegów. Oni wtedy bojkotowali mass media. Uważałem, że zawsze trzeba mówić to, co się myśli. Odważyłem się nawet powiedzieć, że Stachura nie lubił państwa socjalistycznego. Przychodzili do mnie redaktorzy naszego radia. Przychodzili i nagrywali w latach 80. i ostatnio. Kontakty, zwłaszcza radiowe, dodawały mi sił i otuchy w tych ciężkich sytuacjach i może nawet przyczyniły się do napisania kilku książek. Było to swego rodzaju podglebiem, taką mierzwą.
Podobnie było z teatrem. W latach 70. byłem w pewnej zażyłości z Wiesławem Komasą, z panią Elżbietą Jarosik, Sławą Kwaśniewską. Żyłem teatrem, bo teatr jest czymś możliwym do przyjęcia.
Ówczesna dyrektor Teatru Nowego, Izabela Cywińska, w stosunku do mnie była zawsze bardzo oszczędna, obca i nieobiektywna, bo uważała, że należę do kręgu tych straceńców! Ja nie miałem nic wspólnego z nimi! Jednak jest to niebezpieczne, bo przyłapuję się na tym, że zaczynam wchodzić w ten kanał, zgodnie z jakimś prawem inercji. Wmawiam sobie i działa to na mnie z siłą hipnozy. Literaturze jednak zawsze byłem wierny. Andrzej Kuśniewicz powiedział kiedyś: z rzeczy minionych, kunsztownie urobionych, napisanych, wynosi się więcej, aniżeli z opisu teraźniejszości. Wracając jeszcze do teatru. Janusza Michałowskiego zawsze chciałem poznać, bo to wielki talent. Podziwiałem go. Moim ulubionym aktorem był Leszek Łotocki, ujął mnie bardzo w "Pamiętnikach Wacława". Co jeszcze? Aha, do "Kabaretu Tey" miałem raczej luźny stosunek. Były jakieś kontakty przyjacielskie z Zenonem Laskowikiem, z moim gimnastykiem z kliniki Aleksandrem Gołębiowskim, który wtedy leż tam pracował. "Tey" był wtedy raczej rewelacją polityczną.
- A Teatr Polski?
To byli wielcy fachmani, jeszcze przed dyrektorem Mrówczyńskim. Pamiętam, że na "Wiśniowy sad" chodziłem kilka razy. Siedziałem z licealistkami, z literatami. Raz siedziałem chyba na drugim balkonie, skrobałem sobie żyletką paznokieć i się pokrwawiłem strasznie. Kapało to na boazerię. Pomyślałem, że była to sztuka godna mojej krwi. Czechow, Czechow jest godzien mojej krwi.
- Wróćmy do Teatru Nowego. Jak podobało się tobie przedstawienie o Stachurze?
Widziałem to tylko w telewizji. No, muzyka Satanowskiego nie za bardzo mi się podobała. Była zbyt energiczna. Grali w tym przedstawieniu: Łotocki, Michałowski, Jarosik i Szczepaniak. Samo przedstawienie było dobrze zrobione. Wydaje się, że ono ogólnie nie pasowało jednak do Stachury. Było tam za dużo tragizacji. Stachura był człowiekiem uśmiechu, radości, życia i widzenia szerokiego, nie za bardzo tragicznego zaraz. Oczywiście, ostatni etap w życiu Stachury był okresem metafizycznym. Musiał się i on w to zaplątać, jak każdy pisarz. Ani teatr, ani film w gruncie rzeczy nie zrobiły dla Stachury niczego dobrego. Zrobili z niego anioła i straceńca... Nigdy nie dotarli do sedna jego duszy!
- Jak oceniasz to, co zrobiono o tobie?
Mówiąc o filmie Tadeusza Żukowskiego ["Będziemy piękniejsi" z 1993 r.], może wyszedłem tam interesująco. Film był eschatologiczny w swojej wymowie. Wszystko, co zrobiono o mnie w radiu, oceniam również bardzo wysoko. Robiły to zwykle: Barbara Miczko, Agata Ławniczak i Beata Machowska. Wszystkiego, co mówiłem w radiu, tego nie żałuję, natomiast żałuję teraz tego, co powiedziałem w telewizji. Trochę chyba boję się kamery.
- Czy oprócz filmu Żukowskiego robiono jakieś filmy o tobie dla telewizji?
Dwa razy, ale nigdy jakoś nie doszły do skutku. Filmy próbowali zrobić Bogusław Bakuła i Grażyna Banaszkiewicz. Przez trzy dni kręcili, każda z ekip osobno. Były to lata 1980-1983. W filmie Grażyny Banaszkiewicz Leszek Łotocki chodził tutaj na ulicy po jabłkach, Szczepaniak biegał, w domu było ciasno. Zanosiło się na dobry film, bo nawet był jakiś reżyser i inspicjent... Nakręcili co trzeba. Warszawa podobno dostała te materiały, ale były za bardzo zniszczone - tak mówiła Banaszkiewicz. Z filmem Bakuły to nie wiem, co się stało.
powrót