Cyrk
W wojsku kiedyś taki Kaziu mówił mi tak: Dlaczego te wiśnie sq takie zielone? No bo jeszcze nie są czerwone! Taki kawałek. Dowcipy nie trzymają się mnie jakoś. Lubię humor niezbyt wyszukany. Coś podobnego do humoru chłopskiego.
Napisałem kiedyś dla Janusza Przybysza coś w rodzaju "Zielonej Gęsi". Coś tak pod kabaret, ale Przybysz ostrzegł mnie, abym nie zamieszczał żadnych personalnych spraw. Ja napisałem o Sobiesławie Zasadzie, o Kabarecie "Tey", o grupie "Bemibek" itd. Były to bardzo dobre kawałki satyryczne. Gdzieś je tutaj chyba jeszcze mam. Tego nigdy nie drukowałem. Lubiłem też, ale to zupełnie prywatnie, parodiować znanych ludzi - dobrze wychodził mi chyba Gomułka.
Stachura lubił humor obsceniczny. Śmieszyły go też wymiany grzeczności u Francuzów. Dziwiłem się temu. Sam też chętnie opowiadał dowcipy. Niestety, już ich nie pamiętam. Wszystko zginęło gdzieś w tej poświacie dziejów, cholera. Stachura raz powiedział taką anegdotkę o Zbigniewie Jerzynie. Jerzyna był na jakimś spotkaniu autorskim i wchodzili do hotelu, a że byli trochę chyba podpici, Jerzyna kołysał się przy barierce. Portier zapytał: co panu? A ten powiedział: właśnie biorę kąpiel. Taki nadrealistyczny trochę, co?
Andrzeja Babińskiego zaś wzruszały raczej drobne rzeczy, niewinne zupełnie. On polował na myśl, na okoliczności - tym się cieszył. Ulica, jakaś dziewczyna, park, ławka... On był bardzo delikatny, tylko miał rozdwojenie - może nie jaźni, tylko emocjonalne. Miał ciężkie dzieciństwo, stąd się to wszystko u niego wzięło.
Stachura i Babiński byli ludźmi niesłychanie wrażliwymi, dziećmi wojny. Stachura był silny. Ścigał się, pływał. Ścigał się z przestrzenią, z wiatrem i... szedł. Bił rekord w spaniu. Trzy dni nie spał!!! Co robił wtedy, tego nie wiem. Wiele razy nie spał. Wydaje mi się to trochę nieludzkie. Człowiek powinien być w krwioobiegu natury i nie brać udziału w jakichś wybrykach. To wynikało z jego życia towarzyskiego, bo on był skazany na życie towarzyskie. Nie lubił być samotny. Przez jakiś czas mieszkał w Warszawie, spał w parku, na ławkach, w akademiku "na waleta". Mieszkałem z nim. Dopiero po jakimś czasie Iwaszkiewicz załatwił mu mieszkanie. Wtedy zaprosił mnie do niego. Mieszkał w nim do śmierci.
- Jaki był Stachura w stosunku do swoich kolegów literatów?
Nie lubił ich. Mówił zwykle trzy, cztery słowa na temat takiego człowieka i były one wiarygodne. Nie mścił się, nie robił żadnych podjazdówek. Nie obgadywał, nie robił żadnego szumu na mieście. Nie gnębił nikogo, tylko miał swoje zdanie. Jego stosunki z Milczewskim-Bruno były dobre, dopiero później przestał go lubić. Poznał, że to płytki facet. Jednak ich poczucie humoru było podobne. Milczewski miał takie spojrzenie ludowe, a Stachura lubił ludowe patrzenie na życie. Milczewski uwierzył w siebie, w gwiazdy, w ludzi, w dom, w mieszkanie w blokach. Tułał się po Polsce z artystami i pisał jakieś felietony, m.in. w bydgoskich "Faktach" - takie pierdoły. Potem swego kumpla Żernickiego też tak obgadywał. Stachurze to się nie podobało i mówił: a to pijaczyna, zębów nie ma, pożycza pieniądze, a...
Stachurze przez jakiś czas dobrze się powodziło. Meksyk, stypendium, bez przerwy jakieś nagrody dostawał. Dostał nawet coś z instytutu paryskiej "Kultury".
- A jak wyglądały Stachurowe studia?
Studiował i chodził na zajęcia "w kratkę". Studia jednak ukończył. Pisał pracę z Henriego Michaux - nadrealisty francuskiego. Był to nadrealista na całego. Stachura mi mówił, że ten Michaux napisał poemat o miłości zupełnie fanatyczny. Było to coś przerażającego. Bardzo cenił Borgesa.
Zyta, żona Stachury, jest też pisarką. Wydała już cztery książki. Teraz jest dziennikarką. Stachura miał jedną żonę, właśnie Zytę. Rozszedł się z nią, ale nie nagle, rozszedł się tak rozumnie. Podobno chciał mieć dziecko. Tak to jest!
- Co w życiu lubiłeś robić najbardziej?
Kopać ogród. W lecie, w zimie, jesienią i na wiosnę. Zimą kopałem chrzan! Latem i jesienią też - normalka. Lubiłem też chodzić tutaj na podgórczyńskie glinianki. Poznałem tam dużo dziewczyn i ludzi, z którymi nie miałem nic do czynienia. Nawet mężatki z mężami uśmiechały się do mnie. Kopałem ogród - dlaczego? Rabarbar obkopywałem na wiosnę, wczesną wiosną kopałem cały ogród, potem podlewałem, a potem w wolnych chwilach czytałem literaturę światową, a potem, zimą, wykopywałem chrzan! A potem walczyłem... z kretami. Bo była inwazja kretów! No. Lubię ogród, ziemię. Uważam, że Ziemia lub ziemia ma w sobie coś boskiego.
Życie - to jest ciągła walka: o przetrwanie, o zdobywanie zaufania, o miłość, o własne imię i o dawanie ludziom serca. Tak mi się wydaje. A samo życie jest dla mnie tajemnicą. Taki mądry to ja nie jestem!
Teatr jest dla mnie jedynie zabawą, cyrk zaś jest ciekawszy o tyle, że stwarza romantykę, niezależną od układów reżysera i wpływów zewnętrznych. Zawsze może się zdarzyć coś niespodziewanego. Zdarza się tutaj Bóg wie co, a człowiek przyjmuje to jako całkiem normalną rzecz. Cyrk jest życiem - w pewnym sensie. Cyrk jest skondensowanym klopsem życia!
- Twoje najpiękniejsze spotkanie autorskie.
Było to w 1992 roku w Zespole Szkół Ekonomicznych im. Staszica w Poznaniu. Dostałem wtedy od dziewcząt fiołki. Byłem cały wzruszony. Potem, już na przystanku, kiedy grupka dziewcząt czekała ze mną na autobus, Wręczyłem im te kwiatki. Powiedziałem: jestem niegodny, wy bowiem jesteście jak te fiołki! Potem wieczór autorski w 1992 roku w rodzinnej Mosinie, w maju. Zaśpiewali mi wtedy "Gaude Mater Polonia", coś niesamowitego! Po raz pierwszy w życiu. Nie wiedziałem, co zrobić i... siedziałem tylko porażony! Była to promocja mojego tomiku "Będziemy piękniejsi". Wszystko odbywało się z okazji Dni Mosiny. Był też wielki na całą ścianę plakat z moim podpisem, prawie jak w telewizji!!! Przypomnieli sobie o mnie i to "Gaude Mater..." Chór śpiewał, ludzie słuchali i wszystko było takie wielkie. Przyszli nawet moi krewni, których nie widziałem kilkanaście lat - szkoda, że matka nie mogła już przyjechać!
Jestem raczej taki poeta z przedmieścia, jak Jaroslav Seifert. Znają mnie rzeźnicy, kioskarze i drobne handlarki. Coś w tym jest. Uśmiechają się do mnie, kiedy coś tam wyczytają lub posłuchają w radiu w wolnych chwilach. Muszę się pochwalić, że poświęciłem wiersz moim dwóm kioskarzom, nie znanym w ogóle mi ludziom, do których nabrałem zaufania z tak zwanej facjaty!
powrót