Na czarnej linie
Chciałem kiedyś napisać książkę o psychice kobiety. Awizowałem ją w Wydawnictwie Poznańskim, ale panie z wydawnictwa powiedziały: Panie Witku, niech pan będzie taki, jaki pan jest, to będzie pan wiedział, kim sq kobiety! Niech pan już nie wymyśla. To mnie speszyło.
O kobietach miałem wyobrażenia bardziej literackie niż życiowe. No, na studiach kochałem się we wszystkich dziewczynach. Najbardziej w Ani Grzegorczyk, chociaż była wtedy moim belfrem, ale i koleżanką.
Zawsze chce mi się wracać do dzieciństwa. A jest co wspominać. Spałem na Kopcach Szwedzkich, koło Jeziora Budzyńskiego, spałem (w marcu) trzy dni w Parku Wielkopolskim na mchu, w burzy. Spałem na przystani. Byłem uciekinierem "z rozsypki". Niekiedy szedłem siedem kilometrów w jedną stronę i siedem kilometrów z powrotem, miałem niezłą kondychę, co? Nie jedząc nic i prawie nie pijąc. Jak wracałem po takiej ucieczce do łóżka, do domu, a spaliśmy razem - spałem w nogach u ojca i matki - to ojciec zawsze mnie przeklinał, a matka go uspokajała. Mówiła wtedy, broniąc mnie czasami przed uderzeniem: daj mu spokój, ma swój wiek. A ja nie byłem jeszcze "wiekowy"! Poza tym literatura, literatura..., która mnie tak fascynowała, że nie zatrzymywałem się na swoim podwórku czy amfiteatrze literackim, przy swojej hostii, ale wadziłem się z rówieśnikami. Dochodziło niekiedy do bójki i do wypitki, do knajpy i do bitki. Umiałem się trochę bić, ale dostałem od jednego po nosie. Nie złamał mi nosa, ale pokrwawił.
Swoim rówieśnikom w Mosinie tłumaczyłem pewne rzeczy: jak zmarł Gałczyński, jak zmarł Tuwim, ale oni wszyscy zbytnio się tym nie przejmowali. Oni, jeśli już, interesowali się raczej książkami. Sensacyjnymi. Takimi kryminalnymi i indiańskimi.Wtedy była moda na Brandta i Baxtera, pisarzy kowbojskich. No i spotykaliśmy się w Mosinie, z chłopakami, w bibliotece, potem szliśmy na piwo, obgadywaliśmy na rogu przechodniów, chodzące pary i zacne małżeństwa, wyśmiewaliśmy się ze swoich starszych przyjaciół i do dziś mam pamiątkę nad okiem... Ale u nas był honor, taki małomiasteczkowy. Jeden z ejbrów dostał kiedyś cios nożem w plecy, a pochodził z "niższej grupy" społecznej. Ojciec chłopaka zaprowadził go do lekarza, opatrzyli, a ten ojciec krzyczał: a dlaczegoś mu nie oddal, ty głupku jeden! Jak mogłeś nie oddać!
Pamiętam, babcia (ze strony matki) nauczyła mnie religii. Nie rodzina! Babcia czytywała żywoty świętych i modliła się regularnie o godzinie 5.00, śpiewając godzinki i nieszpory. Babcia, która na wszelkie dolegliwości zalecała denaturat z igliwiem sosny. Na wszystko! Tylko na bóle kręgosłupa używała ciepłej cegły i ciepłego piasku. Mało tego, dzięki recepturom śp. babci wyleczyłem sobie wrzody żołądka. Czym? To moja tajemnica.
W Mosinie miałem sentyment do jednego z nauczycieli, pana Leonarda Pierzyńskiego, który do dziś nie ma krzyża na grobie, nie wiem dlaczego. Czy to dlatego, że założył szkołę TPD? To co, że była to szkoła świecka? Pan Pierzyński, od matematyki, był nerwusem, wszyscy chłopcy mieli naderwane uszy... Ja też.
Babcie od strony matki i ojca, rodzice matki, ciotki, wujowie i kuzynowie pozostali na cmentarzu w Mosinie. Byłem tam ostatnio w 1992 roku, jak robiliśmy film z Tadeuszem Żukowskim. Bardzo piękny był epizod, który mnie pocieszył. Żukowski wpadł na pomysł zrobienia ładnego ujęcia: kilka grobów i przejeżdżający na rowerze chłopiec. To mi się bardzo spodobało. Dodało mi kilku tygodni życia. Podobnie jak Księżyc - życia mi dodaje. Pamiętam, oglądałem to na Ostrobramskiej - lądowanie człowieka na Księżycu. Armstrong poruszał się jak kangur na pustyni. Jednak nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. Bardziej wzruszyło mnie połączenie Sojuza i Apollo. Były wtedy papierosy sojuz-apollo - kupowałem je nagminnie, ku czci połączenia i własnego dymkowania.
Nie marzyłem nigdy o tym, żeby polecieć na Księżyc. Starsi koledzy mnie straszyli, że Księżyc wyprowadza lunatyków na dach. Podobno w Mosinie był taki, który chodził, nie wolno było go budzić, bo mógłby spaść. Jak patrzyłem na Księżyc, to uważałem, że coś tragicznego. Potem, jak się bliżej przyjrzałem, uważałem, że Księżyc ma twarz!!! Jakieś oczy, jakaś twarz, nos.
Bo Księżyc to jest gwiazda... No, poetów!!! Lunatyków i poetów. Miłości, kobiety też.
No dobrze, kiedyś napisałem o wschodzie tylu księżyców?! Ale sterczy wabik... - to z wiersza, tak się kończy jeden mój wiersz. Ja widziałem wiele księżyców! Uważałem, że księżycem może być gwiazda, i tamta gwiazda, i jeszcze inna - tak myślałem w dzieciństwie. Może to po ojcu, on był specjalistą od astronomii. Zawsze obserwował gwiazdy, w październiku przeważnie, bo w październiku były zawsze najbardziej urozmaicone zespoły gwiezdne. Jak teraz czasami słucham audycji o gwiazdach, zawsze się pocieszam tym, że oprócz wiadomości złych i prawdziwych - jak mówi BBC - zawsze jest jakaś wiadomość o gwiazdozbiorze.
W październiku, gdy Księżyc przewija się przez okno, to się budzę. Świeci mi prosto w oczy - budzę się. Podziwiam-go z tajemniczą, serdeczną przyjaźnią.
Pamiętam jedną czerwcową noc: kiedy płynąłem półnago z dziewczyną na Wyspę Klaudyny Potockiej na Jeziorze Góreckim, to świecił Księżyc. Do dziś myślę, że to było Słońce. Było nam tak gorąco, a to przecież krew płynęła w żyłach.
Teraz jestem kiepski, prawie tak jak w 1961 roku. Wtedy byłem w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie. Tam spotkałem wybitnego człowieka, który przez swojego brata został ubezwłasnowolniony. On podał mi "Przekrój" i tam był Kafka. Byłem zachwycony "Przemianą". Tłumaczył mi, kto to jest Franz Kafka. Mnie to wcale nie interesowało, interesowała mnie tylko atmosfera tego szpitala i tej lektury. Pomyślałem sobie: jeszcze są na świecie tacy ludzie?! Zapytałem go. Nie chciał mówić. Może dlatego, że został w Gnieźnie na zawsze. Właściwie to ten człowiek doprowadził mnie do Kafki, potem zachwyciłem się Kafką do tego stopnia, że czytałem go mojemu niewidomemu sąsiadowi, a on mówił: o, to głęboki pisarz. Choć nie znał literatury. Do teraz pamiętam piękne zdanie Kafki: wszyscy przebijamy się przez mur, ale czasem chodzimy na czarnej linie i wiedząc, ze spadniemy, podążamy dalej. To wszystko.
powrót