Każdego obserwatora naszego życia artystycznego musiał uderzyć w ostatnich latach gwałtowny wzrost zainteresowania postacią Edwarda Stachury, zwłaszcza w środowisku młodzieżowym, oraz bujny rozkwit legendy otaczającej zmarłego poetę. Owa legenda, co również warto odnotować, krzewi się niemal wyłącznie w sferze pozaliterackiej, najczęściej również - pozaumysłowej. Bełkotliwa Stachuriada w Starej Prochowni u Siemiona, niemniej przeraźliwe Zaduszki w jednym z prowincjonalnych przybytków Melpomeny, zorganizowane, jak zapowiadał anons, "w pomieszczeniach administracyjnych Teatru pod kierownictwem Dyrektora", gremialne pielgrzymki do grobu poety, regularne seanse spirytystyczne w pewnym mieście wojewódzkim, na których duch Stachury udziela wskazówek i porad życiowych - oto kilka przykładów tych żałosnych praktyk. Tylko patrzeć, jak ukaże się książka kucharska z przepisami kulinarnymi nadesłanymi przez poetę z zaświatów.
Zauważmy także, że wspomnianym gwałtownym ciągotom pozagrobowym towarzyszy równie gwałtowny spadek zainteresowania literacką stroną twórczości Stachury. Na kilkunastu wieczorach - przeważnie w środowisku akademickim - poświęconych pisarzowi, na które zaproszono mnie jako redaktora pośmiertnego artystycznych poezji czy prozy autora "Całej jaskrawości". Nie doszło do najmniejszej bodaj kontrowersji w ocenie Stachurowskiej spuścizny, do dyskusji zdawałoby się nieuniknionej w tym kręgu. Zebrana w pobożnym skupieniu młodzież pragnęła jedynie usłyszeć dodatkową eksplikację metafizycznego przesłania zawartego, jej zdaniem, w "Fabula rasa" czy w "Liście do pozostałych", utwierdzić się w jedności z duchowym przywódcą a przy okazji, być może, uzyskać receptę na łatwe o bezbolesne znalezienie się "po drugiej stronie lustra". Wszyscy z góry uznawali wyższy stopień wtajemniczenia mistrza, akceptując kornie nauki wielkiego Guru. Guru-Stachuru.
Jak to się stało? Jak doszło do tego, że młodzi, zdrowi, ciekawi przecież doczesnego życia i świata ludzie tak łatwo zrezygnowali ze wspólnej wędrówki po "cudnych manowcach" ze wspaniałym poetą, z jego pięknego i jakże mądrego nieraz widzenia świata? Dlaczego bardziej od wzruszeń estetycznych, których dostarcza w takiej obfitości lektura wcześniejszych utworów Stachury, pociąga ich dzisiaj rozchybotana o wątpliwej wartości intelektualnej, a z całą pewnością mniej ciekawa artystycznie twórczość pisarza z ostatniego okresu jego życia? Oto pytanie, nad którym będą się musieli zastanawiać socjolodzy, psycholodzy i badacze literatury. Fakt pozostaje faktem - infantylnie mistyczny, mało oryginalny filozof-Stachura przesłonił całkowicie wyjątkowo oryginalnego Stachurę-poetę.
Myślę, że pewna część odpowiedzialności za dzisiejsze losy Stachury, wyniesionego na pseudo-wyżyny mody i skazanego, w moim przekonaniu, na zwykłe mody koleje, spada na naszą krytykę. Kiedy wertuje się stare roczniki pism literackich, aż dziw bierze, jak mało uwagi zwrócili krytycy na całkowitą autonomię tego talentu, jego arcyniezależność od szkół poetyckich. Jeszcze w latach pięćdziesiątych krytyka potrafiła w miarę sprawnie określić twórczość Różewicza czy Mrożka, zorientować się, skąd przyszli, czego chcą i na jakich grają instrumentach. W przypadku Stachury indolencja krytyki była wręcz żenująca. W Polsce zjawił się pisarz nowy, na wskroś samodzielny, zdolny zafrapować szerokie kręgi czytelników i wybrednych smakoszów, jednakże nikt nie zajął się bliżej komponentami wrażliwości poety, który niczym Adam w raku nazywał wszystkie rzeczy tego świata imionami pierwszymi, nie usiłował zbadać warsztatu poetyckiego Stachury. A przecież od tego należałoby zacząć, pamiętając chociażby o naukach starego Hegla, który upatrywał treść w formie. Nadeszły widocznie gorsze lata. Wysiłki krytyki skoncentrowały się na poszukiwaniu etykietki, na przypisaniu Stachurze "wartości dodatkowej", pozwalającej na sklasyfikowanie go i zaszufladkowanie. Tak powstał pierwszy przystępny wizerunek Stachury - poety młodzieżowego, zbuntowanego i skłóconego ze światem, ale jednocześnie łagodnego i pełnego miłości do bliźnich. Święty Franciszek buszujący w zbożu lub - jak kto woli - falujący na wietrze. Oczywiście ten prymitywny portret artysty nie miał ze Stachurą nic wspólnego. "Słucham ich jak zepsutego radia" - mawiał o krytykach poeta. Pomijając już podejrzaną kategorię "młodzieżowości", która nigdy nie sprawdziła się jako kryterium literackie, podobnie zresztą jak inne probierze biologiczne stosowane na siłę w sferze intelektualnej, nietrudno sprawdzić, że i reszta formułki jest fałszywa. W utworach Stachury nie znajdziemy nuty protestu społecznego ani opozycyjnego credo politycznego. Poeta nie popadł nigdy w konflikt tej natury z otaczającą go rzeczywistością. Łatwy debiut w najpoważniejszych pismach, szybki sukces, uznanie krytyki, poklask czytelników, autorytet wśród kolegów, nagrody i stypendia, najbardziej zresztą zasłużone, a nawet udana, chociaż moim zdaniem, niezbyt zasłużona kariera piosenkarska. Własne mieszkanie i dyplom uniwersytecki też przyszły mu łatwiej niż większości rówieśników. Doprawdy można by powtórzyć za dawnym poetą:
Ciebie do góry
Szybkimi pióry
Cna sława winduje...
A zatem nie buntował się, bo niby przeciwko komu i czemu? Jeżeli miał konflikty, jeżeli się z czymś borykał, to tylko z samym sobą, z własną wrażliwością, z nadwerężonym systemem nerwowym, wreszcie - z chorobą. A także ze swoją karierą, trudną, jak się okazało, do zniesienia. Wnikliwy krytyk dostrzeże w biografii twórczej Stachury blaski i cienie nagłego awansu społecznego, zaburzenia zdolności adaptacyjnej i wynikające stąd stany napięcia, nie zaś konsekwentny i wyrozumiały sprzeciw.
Później pojawił się także nieprzeciętnie pośledni termin "życiopisanie", oddający rzekomo istotę dzieł Stachury i jego przygody egzystencjalnej. Można go rozciągnąć na ogromny obszar poezji i prozy światowej - z "Eugeniuszem Onieginem" Puszkina i opowiadaniami Hłaski włącznie - jest tak przepastnie ogólnikowy, że wspominam o nim jedynie z obowiązku dziennikarskiego.
Nie był więc Stachura ani poetą młodzieżowym, ani kontestatorem, chociaż taką właśnie etykietę zastępczą opatrzyła go krytyka. Ciężki to papierek, który przygniótł już niejednego twórcę, skłonił go do występowania w niewłaściwej roli, podporządkował presji salonów i saloników wszelakiej maści. Wiele fałszywych legend zaczęło się od fałszywej etykietki.
Warto dodać, że kiedy poeta w sposób oczywisty przełamywał zdawkowe o nim opinie, kiedy tworzył dzieła wybitne, ale nie pasujące do nalepki, pisano o tych utworach mało albo wcale. Najlepszym tego przykładem jest znikomy, niemal zerowy oddźwięk na "Kropkę nad yspylonem", niewątpliwie jeden z najwybitniejszych poematów, jakie ukazały się w ostatnim czterdziestoleciu. Stachura, nie jako buntownik, ale jako chirurg obnażył w nim przeraźliwe schorzenie naszej cywilizacji - mechanizmy schematów stworzonych przez człowieka i obejmujących wszystkie bez wyjątku dziedziny jego życia, schematów, w których właśnie dla człowieka nie pozostało już miejsca. Znakomite dzieło doczekało się tylko zdawkowych wzmianek recenzenckich. Niektórzy krytycy uznali je nawet za utwór satyryczno-estradowy, zakładając przy tym, że satyra należy do podrzędnych gatunków literackich.
Dajmy jednak spokój krytykom, tym czytelnikom z awansu, jak ich nazywał niegdyś satyryk. Oni tylko - przez swój brak zainteresowania realistycznym warsztatem pisarskim Stachury - ułatwili kiełkowanie późniejszej legendy, utorowali drogę jej właściwym kreatorom i mocodawcom.
Legendę Stachury w jej dzisiejszej postaci rozdmuchał kołtun. Można go również nazwać drobnomieszczaninem lub półinteligentem. A także - i może to najsłuszniejsze określenie - produktem dyspersji społecznej. Istnieje ponadto trafny neologizm - "wykształceństwo". Środowisko to, stanowiące plagę nie tylko naszej kultury, składa się z osobników, którzy zdobyli pewną sumę wiadomości, ale nie potrafią się nimi posługiwać z pożytkiem dla siebie i dla osób trzecich. Przeszkadza im w tym brak ugruntowanego własnego światopoglądu, a co za tym idzie - kryteriów moralnych, społecznych i estetycznych. Nie potrafili, a może nie udało im się ich zdobyć. Spora część winy za taki stan rzeczy spada na naszą fatalną szkołę średnią i kiepskie uniwersytety. Drobnomieszczanie tworzą grupę płynną, ale na swój sposób skonsolidowaną, zdolną nie tyle może do skoordynowanych działań, co do tworzenia określonego klimatu i wywierania skutecznej presji. Rozpoznać ich można łatwo po zamiłowaniu do idei ogólnych, którym nie potrafią się oprzeć. Po co zajmować się życiem w jego nieprzebranym bogactwie i różnorodności, po co tracić czas na żmudne dociekania, skoro wszystko można ująć w karby kilku przystępnych formułek. Jeszcze lepiej, jeżeli owe formułki przyniesie ktoś z renomą, ktoś "na poziomie", jak to się pięknie mawia, bliżej tego poziomu nie określając, a do tego popularny i mody. Wykształceństwo, leniwe z natury, energicznie zgłasza swoiste zapotrzebowanie społeczne na mistrzów i nauczycieli, ofiarując w zamian poparcie, poklask, umieszczanie na liście przebojów. W myśl tej niepisanej umowy mistrz winien odsłonić rzeszom kilka podstawowych tajemnic bytu i niebytu, a przy okazji parę recept życiowych, za co otrzymuje stosowne wynagrodzenie, wcale pokaźne zresztą, bo między innymi - w rozgłosie. Skutki zawarcia umowy są zazwyczaj opłakane zarówno dla mistrza, jak i dla jego warsztatu, tam bowiem, gdzie zaczynają się ogólniki, kończy się jakakolwiek sensowna twórczość. Artyście udaje się niekiedy wyrwać z rygorów kontraktu, znacznie częściej jednak zostaje stłamszony i spłaszczony, a jeżeli nie straci przy okazji talentu, popada zazwyczaj w znacznie gorszą rozterkę niż ta, co towarzyszyła mu dotychczas w jego pisarskiej egzystencji. Wyształceństwo nie podejmuje żadnego ryzyka, nie doznaje też szwanku. Po spokojnym przeżuciu aktualnego władcy dusz kołtun wyszukuje sobie nowego nauczyciela, którego poddaje podobnej operacji. Takie właśnie polowanie Schematu na człowieka, próbę aneksji, nagonkę z ogarami i "sztucznym wiatrem" opisał Edward Stachura w "Kropce nad ypsylonem", poemacie, który po uważnej lekturze zaczyna niespodziewanie sprawiać wrażenie relacji z poligonu, niemal reportażu. Proszę zwrócić uwagę na fragment w końcowej partii utworu z fenomenalnym zestawem epitetów pod adresem Schematu i jego bojowników, czy raczej bojówkarzy. Znajdziemy tam pełną listę wcieleń "przykrego typa" wyciągającego brudną łapę po człowieka niezawisłego i jego wynoszone pod sercem dzieło.
W układzie sił "artysta-kołtun" przewaga jest zawsze po stronie kołtuna. Normalnego odbiorcę, nawet niewyrobionego, twórca może dźwignąć do wysokości swojego talentu, kołtuna, który "wie swoje" - nigdy. Wykształceństwa nie da się ruszyć z posad, to ono ściąga artystę w błoto przeciętności, urabia go na obraz i podobieństwo swoje, odbiera mu oryginalność, mąci tok myśli, psuje rytm, kadencję zdania, nawet rymy. Stachura doświadczył tego na własnej skórze. Kołtun wycisnął na poecie wyraźne piętno, całe szczęście, że tylko na części jego twórczości. Widać to wyraźnie w Stachurowskich piosenkach, dopasowanych już, niestety, do wykształceńskeigo audytorium, do niskiego poziomu umysłowego słuchaczy. Nie znajdziemy tam pomostu z tradycją piosenki polskiej - ani ze "Śpiewnika domowego", ani z dawnego kabaretu literackiego, ani z teatrów studenckich. Słychać w nich raczej pogłosy śpiewanej murzyńskiej poezji ludowej, trochę Boba Dylana, trochę Brassensa - wszystko przepuszczone przez sito prowincjonalnej estrady poetyckiej. Żeby uniknąć nieporozumień, pragnę zaznaczyć, że nie mam nic przeciwko przenoszeniu na nasz grunt jakichkolwiek wzorów literackich. Wręcz przeciwnie, lubię kiedy splatają się ze swojską nutą, byle tylko całość trzymała się kupy językowo i muzycznie. Rzecz jednak w tym, że Stachura pisał swoje piosenki tak, jak się je teraz w Polsce przeważnie pisze, to znaczy z lekceważeniem kompozycji i dramaturgii tekstu śpiewanego, bez właściwej poecie fanatycznej dbałości o słowo, bez poczucia harmonii i dźwięku. Gdyby nie atrakcyjna postać pieśniarza i towarzysząca mu fama, w wielu przypadkach słuchacz nie zwróciłby na nie uwagi. Tak bliskie są nieraz bełkociku lejącego się z estrad na niezliczonych przeglądach tzw. piosenki autorskiej. Dlaczego są tak kiepskie? Bo słuchacz nie chce lepszych. Kołtun przepada za natychmiastowym rezonansem trzewiowym wywołanym przez kilka prymitywnych sygnałów. Utwór bardziej skomplikowany nie wywołuje w nim żadnych wzruszeń, dlatego też domaga się tekstów uproszczonych i potrafi się o nie upomnieć, jeżeli autor zboczy choćby odrobinę z wyznaczonej trasy. Dla takiego audytorium powstały takie śpiewanki:
Ciężko jest żyć bez szatana,
Ciężko jest żyć bez anioła,
Banita boski to mój los,
Lecz nie ja go sobie wybrałem;
To ona mi wybrała go:
Dziewczyna, którą ubóstwiałem.
("Banita")
ech zjawo ty
realna ty
po wszystkie dni
faktyczna ty
po wszystkie dni
prawdziwa ty
o żywe ty
o piękne ty
o wieczne ty
ta oto ty
("Piosenka nad piosenkami")
Lecz będę czekać, przyjdź!
Gdy tylko zechcesz, przyjdź!
Będziemy razem żyć!
Ja będę czekać, przyjdź!
Gdy tylko zechcesz, przyjdź!
("Kim właściwie była ta pani co dzisiejszej nocy w mojej samotni mnie odwiedziła?")
ujrzawszy siebie, ujrzysz pole
nieskończenie wolne
nieskończenie schludne
nieskończenie cudne
ujrzawszy pole ujrzysz siewcę przecudnego
słońcem pierwszodziennym i rosą drugonocną
twe piersi zapłoną
nigdy nie umrzesz
wiecznie młodego narzeczonego
wiecznie młodą będziesz narzeczoną
("Piosenka dla każdej prawdziwej guliwerki")
Dlaczego poeta nie przełożył na muzykę zbioru gotowych pieśni, urzekająco pięknych, aż do zawrotu głowy - poematu "Przystępuję do ciebie"? Dlaczego nie zaśpiewał chociażby tak niezwykle muzycznej frazy:
dzisiaj ach dzisiaj
w samo południe
zadrżała mi ręka
kiedy zapalałem papierowa
to za przegub chwyciła mnie lekko
muza wszelkiej niepewności
("Po ogrodzie niech hula szarańcza")
Odpowiedź jest prosta. Bo publiczność, waląca tłumnie na cytowane wyżej piosenki, tego by nie słuchała.
Przyjrzyjmy się jeszcze zgrzytającym niedorymom, którymi poeta naszpikował swoje teksty: "drzew" - "nieś", "cud" - "kurz", "ją" - "stąd", "pięć" - "się", "drzwiach" - "ptak", "jest" - "biec". Aż się nie chce ciągnąć dalej tej litanii. Oczywiście Stachura był za wielkim poetą, żeby w gatunku, w którym źle mu się pisało, nie dać próbek talentu. Kiedy czytamy w "Piosence dla robotnika rannej zmiany":
W tramwaju tłok i nie ma Boga,
Jest ramię w ramię, w nogę noga
Klimanie na stojąco jest
- od razu poznajemy lwa po pazurach. Jednakże mało znajdziemy takich olśniewających inkrustacji. Stachura nie podciągnął poziomu polskiej piosenki poetyckiej. Zabłąkał się na jej przygnębiających peryferiach.
Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z "Fabula rasa" i innymi utworami Stachury o podłożu filozoficznym, które osiągnęły dziś szczytowy rozgłos. Ich powodzenie wśród wykształceństwa jest zrozumiałe. Kołtun odtrąca dzieła prawdziwie artystyczne, wymagające wysiłku intelektualnego podczas lektury. Woli bez porównania literaturę rozwodnioną, wypraną z konkretu, ale prezentującą kilka (nie za dużo!) prawd uniwersalnych. We własnym interesie wynosi utwory tego rodzaju na piedestał, usiłując znaleźć w ich słabości, w niedyspozycji artystycznej czy psychicznej autora alibi dla własnego rozgardiaszu i mętliku we łbie. Nic dziwnego zatem, że tak przylgnął do tych na pół literackich wypowiedzi, w których pisarz nie zdobył się ani na przemyślenie dorobku filozoficznego minionych epok, ani też na próbę polemiki z jakimkolwiek nurtem współczesnej myśli filozoficznej czy społecznej.
Stachura zmagał się boleśnie, aż do rozstroju nerwowego, z narzuconą mu przez kołtuna rolą "głosiciela prawdy", która ogromnie krępowała jego możliwości twórcze. Nie czuł się dobrze na koturnach, w kostiumie proroka było mu niewygodnie jak w gipsie. Widocznie jednak chciał spłacić dług oklaskującemu go audytorium, z którym mimo wszystko czuł się związany i które cenił wyżej, niż na to zasługiwało. Równocześnie jednak niebywała wrażliwość artystyczna musiała go ostrzegać, że osuwa się w miałkość, we frazes, że po prostu pisze znacznie gorzej niż dawniej. Mógł przekreślić "Fabula rasa" i wrócić do swojej dawnej poezji. Mógł też - i tak właśnie uczynił - uwierzyć, że wymknie się ze ślepego zaułka, wspinając się po kolejnych szczeblach pseudo-metafizycznej drabinki. W potwornej męce usiłował wydobyć z siebie ten najwyższy, ostateczny ton, sięgnąć po klucz do tajemnicy wszechrzeczy. Przy kolejnej próbie struna nie wytrzymała napięcia.
Czytelnik zauważył zapewne, że w niniejszych uwagach pomijam sprawę choroby nerwowej Stachury i związanej z nią jego tragicznej śmierci. Czynię tak nie tylko ze względu na drażliwość tematu, ale również dlatego, że moja wiedza w tym zakresie jest skąpa. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że kołtun skwapliwie włączył do swojej stachurowskiej legendy te straszne cierpienia, że na nich żeruje, że kliniczne niemal świadectwa choroby wysuwa na miejsce naczelne w twórczości pisarza. Wystarczy przetoczyć jako przykład "List do pozostałych".
Włodzimierz Wysocki, którego legenda przypomina pod niejednym względem legendę Stachury, przyłapał Schemat na gorącym uczynku, podobnie jak nasz poeta w "Kropce nad ypsylonem". W piosence zatytułowanej "Wampiry" opisuje, jak nad jego ciałem, w którym tli się jeszcze iskra życia i świadomości, zleciała się niczym na uroczysty zjazd horda krwiopijców. Kim są te nocne zmory? Może to przedstawiciele establishmentu, przeciwnicy polityczni lub artystyczni, goście z zaświatów? Nic podobnego! Oddajmy zresztą głos Wysockiemu:
Mógłbym je przepędzić stąd
Jednym śmiałym gestem,
Lecz nie myślę o tym, skąd!
Nie myślę, więc jestem.
Dreszcz mi po grzbiecie cały czas
Lata jak prąd po drucie,
A starczyłoby choć raz
Kiwnąć palcem w bucie.
Krzyknąć: "Precz, do diabłów stu!"
Na widziadła nocne,
Lecz co będzie, jeśli tu
Zostaną, gdy się ocknę?
Śmiertelny mnie przeszywa lęk,
Że gdyby nawet koszmar pękł,
Nie sczezną, nikt ich nie wygoni,
Bo to przecież moi znajomi.
Żywi, widoczni jak na dłoni,
Sami moi dobrzy znajomi.
O, już tu są, a kły im lśnią,
Już suną w przytupach,
Już za chwilę moją krwią
Zaleją się w trupa...
(przeł. Z. Fedecki)
Cytuję słowa napisanej w przypływie świętej złości piosenki Wysockiego i czuję, jak mnie samego diabli biorą. Myślę, że niejednego miłośnika poezji Stachury również. Legenda nie jest potrzebna ani autorowi za życia - zwłaszcza tak świetnemu jak Stachura - ani dziełu po śmierci pisarza. Legenda jest protezą, nie szukajmy w niej tętna! To twór sztuczny, zastępczy, o specyficznym zastosowaniu. Służy do uwolnienia twórcy z balastu indywidualności i doświadczeń życiowych, zamknięciu go w powłoce z metafizycznych wybrzuszeń i wyekspediowaniu hen wzwyż, pod sam sufit. Stamtąd można już tylko spaść. Takie są normalne koleje "polskiej kariery", która stała się udziałem niejednego talentu z bożej łaski.
Boję się, że podobny los może spotkać bliską mi i drogą od lat poezję Stachury. Wystarczy, by zjawił się kolejny idol, w którym nieporadni krytycy i świerćinteligencka rzesza dostrzegą nosiciela jakiejś nowej wszechogarniającej prawdy lub przedstawiciela jakiegoś zupełnie nowego pokolenia (o ile mnie pamięć nie myli, w czterdziestoleciu przewinęło się przynajmniej 8 pokoleń; przeciętnie wypada po 5 lat na pokolenie), a dotychczasowy przedmiot uwielbienia przestanie być modny, spadnie w otchłań niepamięci. O bohaterze legendy nikt nie wspomni, pozbawi się go nawet tak chętnie dziś używanego epitetu "poeta przeklęty". Tu akurat dawni wyznawcy będą mieli rację. Od dawna nie było w Polsce poetów przeklętych. Była natomiast zawsze paskudna legendotwórcza otoczka, przeklęte środowisko.
ZIEMOWIT FEDECKI
Autor powyższego tekstu pozwolił sobie na bardzo swobodną i wysoce subiektywną krytykę. Zatem i ja, dla swego rodzaju równowagi, takowej się podejmę i z miejsca przy tym zaznaczam, że z moimi słowami, jak i słowami Z. F., zgodzić się nie musi każdy. Prawdę mówiąc po tytule spodziewałem się ogólnej analizy twórczości Stachury, poczęstowany jednak zostałem sporą dawką nieuprzejmych zwrotów wyrażających się o niektórych czytelnikach Stachury, w której - faktycznie - odrobina prawdy tkwi, ale forma, w jakiej autor powyższego owe fakty zaprezentował, zasługuje co najmniej na wytknięcie jako nietakt.
"Moda na Stachurę" emanuje ogromną dawką konserwatyzmu swojego autora, który robi ze Stachury po prostu TWÓRCĘ KILKU OSOBNYCH DZIEŁ, nie widząc go jako całości (do czego potrzebna jest pewna elastyczność, której literacki konserwatysta nie posiada). Tą kwestię można jeszcze rozwinąć, ale wystarczy mnie, jak i myślę czytelników tego tekstu, takiego rodzaju ogólny zarys ideologiczny.
Ostatnim elementem jest błędna ocena niektórych tendencji związanych z legendą Stachury, którym Z. F., niesiony swoimi chorymi emocjami, przepowiada w każdym razie negatywną przyszłość. Mówi o niewątpliwym upadku legendy Stachury (tekst napisany został w latach 80., kiedy ta legenda rzeczywiście była jeszcze wyraźnie w świadku wydawniczo-czytelniczym widoczna), co oczywiście się nie przełożyło na realną rzeczywistość. Nie było żadnego odwrócenia się od Stachury, młodzież po prostu z niego "wyrosła" (co jest po części negatywnym zjawiskiem), a następne pokolenie nie miało okazji go poznać tak dobrze jak ich rodzice dorastający jeszcze w czasach, gdy Stachura był wśród nas.
Fedecki nie widzi prawdziwego przesłania stachurowskiej literatury. Stachura bynajmniej nie był twórcą komercyjnym, a tak krytykowane przez F. piosenki służyły jak najbardziej dosadnemu przedarciu się do umysłów słuchaczy i ich prostota, będąca przecież zamierzeniem Stachury, nie powinna przynosić ujmy swojemu twórcy, gdyż w taki sposób spełniał on swoją poezytatorską misję, a fakt powstania LEGENDY STACHURY jest tym, czego sam Stachura w głębi duszy pragnął najbardziej. Zatem "Legenda Stachury" to w prostej linii "poezja wśród mas", a nie o to chodziło?
Z. F. walczy z prostotą poezji. I myli się znacząco, często wręcz kompromituje się w swych słowach; a jedynym wątkiem, w którym zgadzam się z nim w największym stopniu (nie w całej zupełności, ale w sporej jej części) jest moment, w którym mówi o utworze "Fabula rasa". Ale również tutaj Fedecki nie omieszkał skrytykować dosadnie czytelników tego dzieła. Dzieła, którego jedyną ujmą jest mizerność literacka. Ale czyta się to to tak samo ciężko, a może i bardziej niż wcześniejsze twory Stachury, tak więc stwierdzenie Fedeckiego, jakoby to owi czytelnicy "Fabula rasa" odtrącając "Całą jaskrawość" szli na łatwiznę, jest zdecydowanym błędem. Jeszcze jednym z wielu dokonanych w treści "Mody na Stachurę". Na tym zakańczam ten krytyczny równoważnik i mam nadzieję, że przynajmniej jakaś drobna część z ogólnej liczby czytelników jeszcze przed jego krótką lekturą wyciągnęła z tekstu Fedeckiego podobne wnioski.
(chick)