Na próżno mnie wołałeś,
nie poszedłem ślizgać się po Wiśle,
a ty nieprzyzwoicie
przemierzyłeś pieszo obrus parku,
na którym wytopiła plamę buchająca z kanału para,
i we MGLE się rozmyłeś
rozpadłeś się na punkty,
jak w mordercę wyolbrzymiona ofiara
z FILMU
któryśmy obaj kochali.
Kochamy -
wtrąciłbyś teraz -
bo życie ludzkie to nie czas gramatyczny,
w był, jest i będzie nie można go zamknąć,
na był możemy powiedzieć, że jest
temu co będzie odpowie to co było,
a będzie to nie więcej niż jest:
w tym nasza nieśmiertelność...
Nasza ostatnia szansa - powiedziałby Sandor Csar,
na obie by wskazał Laszlo Nagy swym milczeniem.
Przed nimi stroiłeś gitarę
- ile to lat już minęło -
Człowiek w kwiat się przemienił
z ulów melodii
wyroiły się pszczoły.
Potem po wielokrotnych szynach strun
ruszyła biała lokomotywa,
krwawą dłonią pomachałeś za nią,
cztery palce - na strony świata rozpryśnięta iskra,
a piąty - żywy znak cyrku życia, pozostał,
byś mógł nim śmierć pozdrowić.
Ja naprawdę zazdrościłem ci,
Sted,
że zimą zimę
na wiosną wiosnę
latem lato,
jesienią jesień kochasz,
bo ja zawsze oczekuję wiosny,
nawet wiosną też wiosny
i to jest trochę śmieszne.
Mówiłeś, że
zaćmienie słońca by musiało być,
żebyś w słońce nie patrzył
(lub musiałbyś pisać doktorat)
na karcianym stole nieboskłonu,
jak wygrane monety,
nasunąłeś jednak wzajem na siebie
słońce i księżyc.
Piszą do ciebie wiersze.
Nie irytuj się.
Wiem, że tego chciałeś najmniej.
Lecz oni kochają cię, Sted,
żywym życiem kochają...
I jak pisałeś:
Wszystko jest poezją,
więc nawet milczenie to wiersz,
hymn,
nieskończony poemat...
Obiecuję ci,
nigdy do twego grobu nie pójdę
i świeczki ci nie zapalę,
jej płomienie mogłyby objąć brzozę,
a zresztą listopadowe cmentarze
zmartwychwstają tylko do ósmej wieczór.
Skończę.
Przy zaporze nad Koroś spotkamy
Się niebawem w budce strażnika.
Możesz tam zostać choćby miesiąc
albo dłużej,
dopóki można patrzeć w oczy słońcu
i nie zasmucą się nadrzeczne wierzby.