Różański jest starszym sympatycznym człowiekiem. Kiedy w dniu spotkania zobaczyłem go po raz pierwszy, uśmiechał się radośnie zmierzając w moim kierunku. Przed furtką stała taksówka, którą miałem go zawieźć do gmachu liceum na osiedlu B. Chrobrego, gdzie czekano już rozpoczęcia spotkania poety z młodzieżą. - Spóźnił się pan dziesięć minut - oznajmił mi, nie zdejmując szczerego uśmiechu z twarzy.
Był z nim młody poeta, którego nazwiska nie znam jeszcze. Wsiedliśmy w trójkę do taksówki i ruszyliśmy w kierunku szkoły. - Bo ja zawsze jestem bardzo punktualny - powiedział. Poznałem, choć wizerunek jego zupełnie tego nie okazywał, że zdenerwowany był trochę owym spotkaniem. Dobitnie mówiła o tym chociażby owa wzmianka o moim spóźnieniu. Nie wiedział on zapewne, że słuchaczami jego będzie mało zorientowana młodzież licealna, co też oznajmiłem mu, uspokajając go trochę. Mnie jednak nie miał kto uspokoić. A emocje obijały się we mnie niemiłosiernie, i nie ma się co dziwić, jechałem bowiem oto w jednej taksówce z Witkiem Różańskim, alter-ego Stachury z "Całej jaskrawości", ostatnim żyjącym pomnikiem tamtych czasów i wielkim akcentem czasów obecnych, z czego zdawałem sobie najdoskonalej sprawę i co, swoją drogą, cieszyło mnie entuzjastycznie. Wizerunek jego bardzo mocno skłaniał do rozmowy, odwróciłem się zatem na przednim siedzeniu i zacząłem, od stóp do głów ogarnięty najwyższą ekscytacją, siłując się jednak na kulturalną formę. - Tutaj, w lokalnym kręgu, jest pan zapewne postacią dosyć znaną, we Wrocławiu jednak, tam, skąd przyjeżdżam, okazuje się, że nikt o panu nie słyszał. Ciężko o pańskie tomiki w bibliotekach.. - A, tak - przerwał mi. - Byłem kiedyś we Wrocławiu, ale nie wracałem tam. Nie znają mnie, nie, nie. - Ja właściwie wziąłem się za pana przez Stachurę - kontynuowałem, zmierzając do potoku superlatyw, które chciałem jakoś po ludzku, odpowiednią przedprawą uzadasnić. Ucieszył się na moją wzmienkę o Stachurze i rzucił cały czas uśmiechnięty - A! Pewnie, pewnie, z "Całej jaskrawości", tak? - Dokładnie - odparłem radośnie. Ale za pańskie wiersze wziąłem się niejako z obowiązku w celach edukacyjnych przed dziesiejszym spotkaniem niedawny czas temu. Co prawda podchodziłem do nich sceptycznie trochę, ale, co się okazało, zauroczyłem się nagle niezmienie. Nie jestem jakimś miłośnikiem wierszy, nie czytam ich wiele, ale pan jest doskonałym poetą - zacząłem się wywlekać z najprawdziwszych moich opinii przecież, których ukrywać w owym towarzystwie nie widziałem sensu. Uśmiechał się, a i wtórował mu w tym towarzyszący młody poeta, zatem dorzuciłem jeszcze - Kiedy pana czytam, to jestem cały w skowronkach - co wprawiło obu w śmiech, a i ja nie wyłamałem się również.
Mówił, że był we Wrocławiu u Wojaczka, ale go nie zastał. Był też u Czopika. - Wojaczka? - włączył się nagle do rozmowy kierowca. - Tego Wojaczka, poety? - Tego - przytaknął Różański, pochwalając przy tym film o poecie. A i kierowca film oglądał, i ja również, toteż rozpoczęła się ogóla litania pochwalna dla filmu i dla autora tegoż. Stachura Wojaczka lubił, chwalił jego wiersze - wspominał dalej Różański. Przypomniałem zatem ów fragment, w którym Stachura przedstawiony został jako człowiek z wyższych sfer, magister. W scenie tej sugeruje Wojaczkowi, by ten się wziął za naukę, wówczas to będzie pan Wojaczek, a nie Wojaczek. Tego fragmentu Różański nie pamiętał. Ale wspomniał, że Wojaczek powiesił się, w filmie zaś jest inaczej.
Jechaliśmy chwilę w ciszy, było to nie więcej niż dziesięć sekund, podczas których spokojnie przyglądałem się sunącej przed maską samochodu szosie i skaczącemu raz po raz licznikowi taksometru.
-Ale muszę zapytać - powiedziałem wtem, odwracając się do Różańskiego, który nachylił się do mnie i nasłuchiwał - muszę zapytać, bo potem nie będę sobie mógł odżałować. Czy ten wóz w "Całej jaskrawości", to naprawdę..? - Nieee - uśmiechnął się Różański - nie, tam prawdy jest sześćdziesiąt procent może, reszta nie. Moje kwestie wszystkie są prawdziwe, ale niektóre sceny Stachura sam wstawił. - A owo przeglądanie papierzysk pod drzewem, też nie? - spytałem. - Też nie. - A może chociaż sama wycieczka niedzielna była prawdziwa? - A, tak, wycieczka była. To tak - przytaknął Różański, a ja, niesiony ciekawością, już pędziłem z następnym pytaniem. - Jak pan sądzi, czy Stachura osiągnął stan człowieka-nikt? - Osiągnął - odparł on. - A jak długi był to czas, jak długo on w tym trwał? - spytałem. - Trwał w tym półtora roku, tuż przed samą śmiercią - odpowiedział. Ja sam przekonany byłem, a i wciąż jestem, że jeśli Stachura był owym człowiekiem-nikt z "Fabuli rasy" i "Oto", osiągnął ów stan najwyżej na kilka miesięcy, miesiąc, może tydzień, a może zaledwie na kilka chwil. Utwierdzała mnie w tym chociażby jedna scena z życia, którą przetacza Buchowski w biografii Stachury swojego autorstwa. - Buchowski cytuje fragment spotkania ze Stachurą z okresu, gdy uważał siebie za człowieka-nikt. W rozmowie z publicznością Stachura się zacietrzewia, robi się czerwony i denerwuje się. - A to dziwne. Nie pamiętam, żeby się kiedykolwiek denerwował. Zawsze był spokojny, a to ja raczej się denerwowałem. A tutaj, dziwne. Ale Buchowski, mądry człowiek. Ostatnio było z nim spotkanie w Poznaniu, czy to wy je organizowaliście? - Nie - odparłem, nie dodając jednak, że w naszym głębokim amatorstwie Różański jest dopiero pierwszym zaproszonym poetą, a samo spotkanie pierwszym spotkaniem jakie kiedykolwiek zorganizowaliśmy. Ale myślę, że nie ostatnie, zwłaszcza teraz, gdy wykarczowaliśmy sobie tą ścieżkę.
-Co do spotkania, nie ma pan nic przeciwko rejestracji fotograficznej ani audialnej? - Nie, nie - odparł Różański. - Sam będę robił zdęcia - uśmiechnął się, pokazując na dzierżony przez młodego poetę aparat. Upewniony tymi słowami w użyteczności mojego aparatu i załatwionego przez Jusię dyktafonu, rozejrzałem się po okolicy, bowiem kierowca zwolnił gwałtownie i zjechał z szosy w jakąś drobną ścieżkę. Byliśmy zatem na miejscu, przed niewielkim gmachem XV Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu, gdzie Jusia, ledwie rok temu skończywszy studia, uczy angielskiego.
Tego dnia były rekolekcje, zatem szkoła stała pusta. Godzina rozpoczęcia spotkania została zaplanowana na dwunastą, gdyż rekolekcje skończą się już i chętna posłuchania tego, co mamy do zaoferowania, młodzież, zdąży do nas dobrnąć. I tak - o dziwo - sala była pełna po brzegi. Była to pierwsza rzecz, która tego dnia przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Owszem, Jusia wspominała, że planuje setkę młodzieży, ale nie sądziłem, że wszyscy się stawią. Tak to już bowiem jest, że niechęć nachodzi dopiero ostatniego dnia, stąd też z planowanego grona kilku osób zaprzyjaźnionych ze Stachuriadą w internecie nie stawił się nikt. Ale sala i tak, jak mówię, wypełniona była po brzegi. Po prawej stronie z przodu siedziało kilka osób z grona pedagogicznego, w tym również Henio - jak swego ojca zowie Jusia, z lewej zaś strony siedzieliśmy my, czyli Alan, Martyna, Jusia, Mariola i POlek, który przyjechał dopiero teraz, kilka minut temu, zatem nie miałem okazji się z nim przywitać, co też uczyniłem niniejszym. To on był główną siłą wykonawczą naszego spotkania. W tym momencie rola moja i rola każdego z nas właściwie kończyła się definitywnie i mogliśmy jedynie obserwować, co się będzie działo z tej naszej potężnej inicjatywy. Różański usiadł po środku przy stoliku nakrytym ciemno-zielonym nakryciem, rozłożył przed sobą kilka papierzysk i książek, młody poeta usiadł naprzeciwko, w pierwszym rzędzie widowni, a POlek podał mi kopię planu swojego wystąpienia, powziął w ręce teczkę z kilkoma kartkami i wstał.
Zaczęło się. Rzuciłem okiem na kartkę z planem, był zestaw pytań do poety i kilka wzmianek formalnych. A także jakieś drobne poprawki długopisem.
POlek mówił o poezji i o tych kilku osobach, którzy zrobili dla niej tyle. Wspomniał zatem o Milczewskim-Bruno czy Harasymowiczu. Sporo uwagi poświęcił naturalnie samemu Różańskiemu, który wyciągnął i zapalił pierwszego papierosa, uważnie przysłuchując się temu, co mówi POlek lub przeglądając książki, które leżały przed nim. POlek w przedmowie sporo czasu poświęcił również samemu Stachurze, pod którego patronatem i wokół którego osoby dzisiejsza impreza w ogóle raczyła się toczyć.
Gdy skończył, na środek wyszła czarnowłosa dziewczyna i przeczytała wiersz Stachury. Skończyła, usiadła, a miejsce przy stojaku na chwyty zajęła Martyna. Znad gitary wyśpiewała nam Harasymowicza, Stachurę i Różańskiego, a w krótkich przerwach wychodziła na środek to czarnowłosa dziewczyna, to jej kolega, i czytali wiersze i fragmenty prozy. Następnie miejsce Martyny zajął POlek i jął stroić swoją gitarę. Różański tymczasem palił drugiego papierosa i poprawiał jakieś szczegóły w rozpisce, która leżała przed nim w postaci kilku kartek i dwóch tomików swojej poezji (jeden z nich, jak zauważyłem, to był zbiór "Wędrujemy do Szeol", jaki niedawny czas temu za sprawą Jusi wszedł w moje osobiste i wielce faktem tym uszczęśliwione posiadanie. To właśnie z niego wyciągnąłem największe zafascynowanie Różańskim, jakie też nie omieszkałem przedłożyć mu w taksówce).
Kiedy POlek skończył grać, położył na stoliku dyktafon i przysiadł się do Różańskiego. Powiedział tak: "Wincenty Różański jest dla nas, Stachuriadowiczów, najcenniejszym z poetów żyjących współcześnie; ja, który przyjechałem z Krakowa, i koledzy z Wrocławia, bardzo go wam, poznaniakom, zazdrościmy. Jego poezja wspiera nam otaczającą rzeczywistość i to, że takie wiersze wciąż powstają, pozwala nam iść bez obaw, że coś się skończyło. To w dużej mierze dzięki niemu 'nasze ulice zbiegają się w niebie'".
Zatem drugą rzeczą, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania - zaraz po sporej frekfencji - była konfenansjerka POlka. W moim poczuciu POlek sięgnął zupełnej doskonałości. Doszły mnie bowiem słuchy o wcześniejszych spotkaniach z Różańskim, gdzie rozmawiali z nim najlespi nawet dziennikarze, a nie była to pogawęda wysokich lotów, czego nie można było powiedzieć o tym, co stanęło przed moimi oczami niniejszym. Sam Różański zresztą tryskał humorem i był bardzo skory do rozmowy.
W międzyczasie błyskał flesz mojego aparatu. Zresztą był to jedyny flesz na sali, co nie umknęło uwadze Różańskiego, który skinął na młodego poetę by pożyczył ode mnie lampę, spowijając mnie tym samym radosnym zachwytem. Kiedy młody poeta zrobił kilka zdjęć, wrócił do mnie i przysiadłszy się, odkręcił flesz i oddał mi go. Przy tej okazji spytałem, kimże on jest? Wówczas dopiero dowiedziałem się, że Różański przygarnął go pod swoje skrzydła i ostatnio wespół wydali mały tomik z wierszami.
Sporządziłem jeszcze dwa lub trzy zdjęcia i zacząłem wsłuchiwać się w dalszy tok rozmowy POlka z Różańskim. Było to zjawisko dosyć radosne, widownia raz po raz wybuchała śmiechem, a i ja nie omieszkałem podreptać jej śladami. Ale jak się nie śmiać radośnie, gdy poeta przeczytawszy jeden ze smutniejszych wierszy, jakie dało mi się usłyszeć w moim niedługim życiu, kwituje: "Dobre, nie?"
Kiedy POlek podziękował poecie za rozmowę, a młodzież zaczęła się zbierać, Jusia wręczyła Różańskiemu bukiet kwiatów, ładnych, pomarańczonych. On zaś, zafascynowany wcześniejszą prezentacją wierszy, jakiej dokonała czarnowłosa dziewczyna, przekazał bukiet z kolei w jej ręce, co wywołało trochę radości na obliczach obecnych, a trochę zakłopotania w owej czarnowłosej dziewczynie. A bukiet przepłynął przed moim nosem i niemal poczułem zapach nektarowy. Poeta wyraził swoje wielkie zadowolenie z minionego spotkania, oceniając je jako jedno z lepszych w którym wziął udział (co potwierdził ze swojej strony w odpowiedzi POlek) a potem podpisywał tomiki. Widziałem, jak kilka osób podsuwało wyrwane z tomiku kartki z wierszami; któż to oddał się tak wielkiej desperacji i czy kierował się jakimiś względami w doborze wyrywanej strony? Podejrzewam, że to uczynna Jusia użyczyła kilku stronic ze swojego "Wędrujemy do Szeol". Teraz oto Alan podsuwał jedną z nich pod Witkowy długopis.
Kolejnym przerostem moich oczekiwań było zachowanie przybyłej młodzieży licealnej. Nikt nie rozmawiał wiele, śmiech, kiedy już się pojawił, zawsze inteligentny, nigdy podstawówkowy, dziecinny. Zachwyciło mnie to.
Szepnąłem Jusi, byśmy wzajem z Różańskim zasiedli teraz w pokoju nauczycielskim, gdzie kilka miękkich foteli sprawiało najlepszą ku temu okoliczność. Nie inaczej też uczyniliśmy. Poeta napił się kawy, rozmawialiśmy o sprawiach, które teraz spowite są moją niepamięcią, bo nie słuchałem ich raczej, pogrążając się w przedkładaniu internetowej istoty Stachuriady młodemu poecie, z którym zdążyłem się już trochę spoufalić. Różański zaś rozdał cztery kartki swoich wierszy Martynie, Jusi i Marioli, która przybyła z Gdańska. Jusia dostała maszynopis i rękopis, a Mariola i Martyna po maszynopisie. Poznałem jednak w nich rękę Różańskiego, bowiem spacje postawione były nie tam, gdzie należało, a przerwy i ogonki poprawiono na tyle zamaszyście, że nie mogłem mieć wątpliwości.
Różański podjął honorarium i przyjechała taksówka. Pożegnał się z nami przyjaźnie, podaliśmy również rękę młodemu poecie i opuścili nas obaj. Mniej więcej wówczas właśnie olśnił mnie kolejny przerost wszelkich oczekiwań, którym była postać samego poety. Różańskiego z jego potężną otwartością i sympatyczną posturą szęśdziesięciokilkuletniego człowieka nie dało się nie uwielbić. Spod naciągniętej na uszy czapki wystawała ujmująca uśmiechnięta twarz i trójkątny nos, który na starych zdjęciach, jakie widziałem wcześniej, prezentował się zupełnie inaczej. A teraz, kiedy wyszedł, zatęskniłem wręcz nagle. A i po twarzach obecnych poznać mogłem, że nie było to moje osobliwe odczucie. I zamknęły się drzwi za Różańskim, a my zostaliśmy w pustym pokoju. Z tomikami zwieńczonymi pamiątkową dedykacją.
chick 26.03.2002
Martyna:
Uzupelnienie relacji, z wlasnych zasobów pamieciowych wyciagniete:
Pamietam dokladnie tylko moje pytania do poety, inne kwestie wtopily mi sie w ogólny obraz tego niezwykle milego i cieplego spotkania w pokoju nauczycielskim - Rózanski w doskonalym humorze, popijajacy kawe i my, juz odprezeni po nad podziw pomyslnym przebiegu calej imprezy.
Zapytalam o Babinskiego, bo postac tego tak malo znanego poety od jakiegos czasu mnie frapuje. Witek mówil, ze Babinski byl bardzo trudny w kontaktach, "meczyl mnie" - tak sie wyrazil. Pewnego dnia Babinski przyszedl do niego i zaczal wspominac o samobójstwie. Rózanski odwodzil go od tego pomyslu, dlugo z nim rozmawial. "Nastepnego dnia znaleziono Andrzeja. Skoczyl z mostu" - mówil Witek - "Mialem przez niego klopoty, prokuratura, musialem skladac zeznania". Pytalam tez o Jana Czopika - bo i on mnie interesuje - dowiedzialam sie tytulów jego ksiazek i kilku faktów
z biografii. Rozmawialismy tez o tomikach samego Rózanskiego, a w zasadzie o ich braku na rynku antykwarycznym - ów mlody poeta usmiechnal sie, ze równiez poszukuje - bez skutku. Wypozyczylam wiekszosc tomików z poznanskich bibliotek, a swiadomosc tymczasowosci tego posiadania bolesnie motywuje mnie do beznadziejnych prób zdobycia ich na wlasnosc.
"Niech pani nie oddaje" - poradzil mi prosto i szczerze Wincenty Rózanski.
Napomknelam, ze studiuje polonistyke na UAM, czym sprowokowalam poete do wspomnien z jego wlasnych studenckich czasów - tamze. Z usmiechem opowiadal o przyczynie przerwania studiów - na piatym chyba roku nie mógl i nie chcial przebrnac przez zawilosci filozofii marksistowskiej. Smialismy sie, ze mi - na szczescie - akurat to nie powinno przeszkodzic w ukonczeniu studiów. Z serdecznoscia wyrazal sie o swoim przyjacielu, prof. Edwardzie Balcerzanie, którego kazal pozdrowic (a czego nie omieszkalam z przyjemnoscia wielka i satysfakcja uczynic).
Wspaniale bylo siedziec na wyciagniecie reki z Wincentym Rózanskim, wspaniale bylo rozmawiac sobie tak swobodnie i sympatycznie. Nastroju nie popsul nam nawet fakt, ze karawanu z "Calej jaskrawosci" tak naprawde - to nie bylo.