Marta Kucharska

Ty co zboże powalasz żrałe...


     Bo jak mogę przestać być, jeśli jestem. Jeśli był na przykład Józef Zelent - elektryk "wyrwany z gniazda jak orlę przez prąd", jak głosi jego cmentarny nagrobek, jeśli on był, to czy to znaczy, że go nie ma? On jest. Był, jest i będzie. Albo jeśli był Izydor Ducasse, ten sam, który już w pierwszej swojej pieśni Maldorora wyznał: "Ni mnie, ni czterem łapo-płetwom foki, mieszkanki Oceanu Lodowatego, nie udało się rozwikłać zagadki życia", więc jeśli on był, to czy to znaczy, że go już nie ma? On był, jest i będzie. Albo nieznany żołnierz. Albo inni bez rodzinnych marmurowych grobowców, bez krzyża prostego, bez pomników, sarkofagów, piramid, mauzoleów, wszyscy, którzy byli. Przestało bić im serce, ale oni są. Bo byli. Być do nich się stosuje. Zapomniał ten albo ci, którzy wymyślili czasy proste i czasy złożone: praesens, imperfectum, perfectum, plusquamperfectum, futurum I, futurum II i inne czasy złożone, zapomnieli oni, którzy byli, więc są i będą, zapomnieli o jednym czasie wieczystym, infinitus. Który odmienia się tak: ja być, ty być, on być, my być, wy być, oni być. Ciepłe nasze oddechy, którzy jeszcze żyjemy i zimne teraz oddechy wszystkich, którzy żyli, mieszają się ze sobą, całują i płyną razem po utartych szlakach i magistralach i wszystkich dzikich rubieżach czasu i przestrzeni. To jest wiatr, nurt żywota, Lili Pons.

     Ten fragment, albo ten o "życiu bez reszty", albo ten o natchnieniu nieustannym, o każdej ulotnej chwili błogosławionej w codzienności - cała nieskończoność i przenajświętsza Cała jaskrawość, cały nieskończony i przenajświętszy Dużo ognia, piosenki, wiersze, każdy "wyjątek czuły", wszystko to, co hojną ręką nam zostawił, krzyczało pod zaciśniętymi zębami - NIE DAJ SIĘ POGNĘBIĆ!
     Uzbrojeni byliśmy w taki oręż, taką broń potężną wydawałoby się. Nauczył nas przecież, jak nie poddać się tej "zwyczajnej wariatce", jak się jej nie kłaniać, nie przyznawać praw. To życiu mieliśmy oddawać siebie, nawet gdyby w tej walce niejeden padł. I tak było. Tak żyliśmy. "Wiara niezłomna potężna jest". I nagle nieprzydatne to wszystko się okazało. A my bez wiary. Z pustką rąk. Łatwo było tak hardo i dumnie współodczuwać i iść. Bo wiara i z tego była, że oto za każdym rogiem ulicy, na błoniu gdzieś, albo chlebak odpinając w przydrożnym rowie, że wszędzie, wszędzie mogliśmy Go spotkać. A jeśli nawet listy nadchodziły z Meksyku, z Norwegii, z San Luis Potosi, to i tak było łatwo, z wiarą, że gdzieś tam jest i może teraz, w każdej chwili gdy muskasz Go pamięcią i On gdzieś przesyła Ci serdeczne pozdrowienia znad filiżanki yerba mate.

     Cała nasza dorosłość kształtowała się na Jego literaturze. Mówiliśmy Jego językiem, bo był to język nam najbliższy, a życie nasze odświętniało się przez zgodność z literaturą. Ileż dzielnych bojów toczyliśmy z panią od polskiego, tłumacząc jej, "jak komu dobremu", że niektórych słów nie wolno odmieniać, że dla nich istnieje tylko bezokolicznik, bo są, istnieją tylko b e z o k o l i c z n i e : że są takie, które tylko dużą literą wolno pisać, a słowo "słynny" używane jest przez nas wcale nie za często i nie pochopnie. I nie było w tym nic a nic małpiego naśladownictwa, o co nas pomawia grono dzielnych krytyków spod znaku Hamiltona itp. Tych, co to o legendzie Stachury głównie pisują, bo nie zagości w nich przez chwilę myśl, że takich odkryć, których dokonał Stachura n i e m o ż n a p r z y s w a j a ć. Takich odkryć dokonuje się wyłącznie sam na sam ze sobą, a Stachurze za zwrócenie uwagi możemy tylko podziękować. A nie zagości w nich taka myśl, wątpliwość taka, bo nie ma w nich miejsca na nią. W nich ukuwają się coraz to nowe barwne pseudonimy dla Steda, papuzie szaty (z nimi koncepcje analiz literackich). I już są na swoim podwórku, już mogą krzyżować swoje długopisy w walce o to, czy bardziej "święty Franciszek w dżinsach", czy "mazowiecki guru". Ale to nam, w tym Stedowi, przypisuje się tworzenie tych legend. Bóg z wami, panowie krytycy. My wam życzymy zdrowia.

     Po lipcu 1979 roku redakcja podówczas miesięcznika "Radar" szybciutko ogłosiła Steda "przyjacielem redakcji" i gdzie mogła przypinała i łatała Stedem luki podciśnienia, które powstawały po szybkich zwrotach karuzeli politycznej, na której to radośnie sobie "Radar" hula. W lutowym numerze miesięcznika z 1980 r. red. Jerzy Klechta w przeddzień VIII Zjazdu PZPR, w artykule "Niepokoje i ambicje"(3) pisze: Troska partii, osobiście jej pierwszego sekretarza, Edwarda Gierka, o utrwalenie w życiu partyjnym i politycznym (i to na co dzień, a nie od święta) prawości i uczciwości towarzyszyła dyskusji przedzjazdowej. Teraz nadchodzi okres praktycznych działań. (...) Nie ma odwrotu od strategii zaczętej przeszło osiem lat temu, 6 grudnia 1971 roku. (...) Przeczytajcie zamieszczone obok, zdobyte przez redakcję, nie drukowane dotąd myśli, okruchy Edwarda Stachury. Niech zachęcą Was do refleksji nad samym sobą, nad miejscem naszym w życiu, nad przyszłością, która jawi się pełna zagadek i niejasności, ale której kształt w największym stopniu zależy od nas samych, od naszej wrażliwości, uczciwości i prawości wobec świata, ludzi i samych siebie. Obok drukowane są fragmenty OTO. Ażeby pozostać przy tym samym autorze, pozwolę sobie zacytować zdanie kończące artykuł jubileuszowego numeru miesięcznika, z kwietnia 1980 roku. Tych, którzy mają serce wygaszone, a umysły pracujące sprytem i kalkulacją, już dziś możemy spisać na straty. Zgadza się. Tyle z tego dobrego, że chociaż drukują Stachurę częściej niż gdzie indziej. Mogą sobie ci, którzy dopiero odkrywają Steda dla siebie, uskładać, pozbierać, jakieś książki z tego zrobić. Myśmy przepisywali. Dobrze, jak była maszyna. Ale nie zawsze była, więc zdarzały się Siekierezady, "piosenki", poematy, pisane kilkoma charakterami pisma, różnym atramentem, w kratkowanych, szkolnych zeszytach. Z mozołem szesnastowiecznych skrybów wypełnialiśmy "luki wydawnicze". Minęły lata, a dla nich (wydawców), żeby sparafrazować słowa Edka, dla nich nic nie minęło.

     Od trzech lat zapowiadana czytelnikowska 5-tomowa edycja dzieł Stachury jeszcze światła nie ujrzała. Gotowe egzemplarze kolejnych tomów złożone zostały w kilka miesięcy po otrzymaniu zamówienia. A nie była to zwykła redaktorska sklejka. W tomie piątym znalazły się rzeczy przepisywane przez nas z kawiarnianych serwetek, z kartek i strzępków. Nikt tu się nie użala, to tylko z w r ó c e n i e u w a g i, że może już dość czekania. Minęło więc kilka miesięcy, tomy zawędrowały do wydawnictwa, ale "powiał wiatr historii" i redaktor prowadzący wydanie musiał szybko zająć się edycją Miłosza. Teraz podobno brakuje dżinsu na okładki, bo tak właśnie, w dżinsie, Stachura ma być wydany. Mam podstawy sądzić, że nie tylko we własnym imieniu to mówię, gdy mam ochotę poradzić, żeby sobie tym dżinsem wysłali chodnik na Wiejskiej. N a m p o t r z e b n e s ą s ł o w a. Ale co tam, szkoda doprawdy "...i rymu i rytmu, i poprawnej ortografii". Król jest nagi, a wydawcy głusi.

     Byli tacy, co o Stachurze mówili, że "motyl, kwiatki wąchał" i że tzw. miąższ życia inny jest. Że nieobecny w jego pisaniu. Niech mi kto udowodni, że jest gdzie indziej napisane i t a k n a p i s a n e, że za dwa tygodnie kopania dołu w latach sześćdziesiątych człowiek mógł sobie kupić trochę jedzenia, ćwiartkę wódki, butelkę nafty i być może zostało na zimową czapkę dla ukochanej dziewczyny. Jeżeli to jest nieuważne pisanie, to ja nie wiem, co to jest uwaga. Stachura nie podawał na tacy pewnych oczywistości. Zauważał je i odnotowywał. Niech się inni w tych domenach dopracowują uogólnień. On szedł. Teraz, od trzech lat, przycichły trochę te hieny, ale jak znam obyczaje hien, wychyną wkrótce. Jeszcze po lipcu 1979 roku nadchodziły na Rębkowską zwroty z wydawnictw, gdzie po zdecydowanym - nie - redaktor wyrażał jednak nadzieję na dalszą współpracę, skromnie sugerując, że " (...) interesują nas teksty bardziej nasycone problematyką społeczną". Tylko pięści się zaciskają na takie d e c y d e n c k i e b e ł k o t y.


     Ale nic to, nie o tym miało być. Miało być o legendzie. Każdy piszący czy mówiący o Nim uważa za konieczne w pewnym momencie zmierzyć się z nią. Popróbować choćby "zobiektywizować zjawisko". Nie poddać się jej. Starsze nieco od nas pokolenie, a rówieśne Stachurze, celuje w tym zwłaszcza. Oni to są autorami co pikantniejszych dykteryjek o Nim, z których wyziera się zawsze starannie ukryta myśl: tylko nie myślcie sobie, że był taki święty, bo... I tu zaczyna się jakaś opowieść o zwykłości niezwykłego, o powszedniości cudownego, o małości tego, co dla nas ogromne. No i dobrze, widocznie dla nas zostawił te lepsze kawałki, takiego jakim chciał i pragnął być. I jakim był przecież. A w swoim perfekcjonizmie był bezkompromisowy. Również dla siebie. Może dlatego znamy Go tak różnym. Dla nas zaistniał razem z całą naszą dorastającą świadomością. Mieliśmy to szczęście. I już inaczej nie potrafimy patrzeć na świat. Odkrył nam źródło, z którego sam się stawał. Odkrył, że jedyną i naturalną potrzebą człowieka jest móc być dobrym dla drugiego człowieka. Niełatwa to sprawa. Niełatwa to sprawa. Dlatego mówię, że mieliśmy to szczęście. Bo nie musieliśmy jeszcze dokopywać się do akceptacji tej prawdy, przez zasieki tak zwanej życiowej mądrości. Dana nam była ogromna radość z posiadania prawdy, która potwierdzała się w drugim istnieniu. Powodowało to ciągłą potrzebę obcowania z tym drugim przez książki, przez spotkania przyjazne, przez wszystko, czym istniał i istnieje. Zresztą, to się chyba nazywa miłość. I kiedy tak w osłupieniu zobaczyliśmy, że już tylko nam samym przyszło hołubić to uczucie, to nie ostało się nadziei. Myśmy nie chcieli jeszcze przejmować tej pałeczki. I, jak pamiętam, nikt nie chciał przyjąć do wiadomości faktu. Tak tylko, jakby małe zamieszanie się wkradło i jak już wszystko się uporządkuje, to wrócimy do siebie nawzajem. Jakby czas stanął, a my tu szukamy rozwiązań lepszych. Stąd złość na ignorancję lekarzy, na opieszałość wydawców, na bajery, buzery, o "świętym Franciszku buszującym w zbożu". Te wszystkie "Stachuriady" i tak dalej. To z bezradności przecież, to z irracjonalnej wiary, że coś tu jeszcze można zmienić. Że jeszcze nie trzeba podnieść i dźwigać zawsze garbu nieustannej tęsknoty. Bo mówił przecież, że nie wolno się uchylać, że trzeba dźwigać na sobie i w sobie. A myśmy Mu wierzyli, że trzeba, i że jak przyjdzie czas, będziemy niezawodni. Sam go nie podźwignął, a i my - jak się okazało - nie bardzo wiedzieliśmy, w co wierzymy. I nawet gdybyśmy znaleźli te wszystkie cudowne rozwiązania, o których mówimy już trzy lata, to nie da się przecież zawrócić tej sztafety. To może już czas się z tym zgodzić i spróbować bez Niego żyć. Tyle nam dał przecież. Tylko podmiotu jakby zabrakło.
     O swoim pokoleniu mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć: "my z Niego wszyscy". Jakoś to głupio brzmi. Ale to prawda. Nauczył nas patrzeć, odczuwać, nazywać. Oswajać świat z pokorną świadomością, że w słowie tym nieskończoność zamknięta. Między stanem a słowem nie było wolnego miejsca. Nic tam się wcisnąć nie mogło. Fałsz też. Tak doceniliśmy w a g ę s ł o w a. Słowa przystawalnego, jednakiego z rzeczywistością. I przestaliśmy się bać słów. Bać się nazywania i szukania prawdy. Długo każdego z nas łudziły "pozłotki" dorosłości, nim odkryliśmy, że nie na salonach różnych tam naszych domen szukać. I razem z tym odkrycie, że On już dawno o tym mówił. Że już dawno pokazywał, co jest żywe, a co śmiercionośne. Tak uczyliśmy się w a ż n o ś c i s p r a w. Potem, że tylko robota jest ważna, że najważniejsza, ale że życia ma być z nią spójne. Że życie to ta robota. I tyle tego jeszcze, tyle jeszcze. Całe bogactwa, kopalnie, źródła. Tyle dał. Spróbujmy tego nie przespać. Nie uchylać się. Z tym strasznym bólem, ale to może będzie długu spłacenie i sprawiedliwe to będzie. Nie przerwać łańcucha. A tamci wszyscy... znawcy? Niech sobie hałasują. I tak wcześniej lub później każdy, co go duma zbyt mocno w objęciach trzymać nie będzie, dostrzeże geniusz Stachury i nie zlęknie się tego.

Tygodnik Kulturalny, nr 21, 15.08.1982r.


powrót