[Obiad u Potęgowej. Nad stawem po zegnaniu kaczek. Przy źródle]
[nowela filmowa]

Obiad u Potęgowej

Witek i Edmund siedzą w malutkiej kuchence na kwaterze u Potęgowej. Przy stole koło okna. Jedzą powoli i w natchnieniu marynowane śledzie z kartoflami. Jest piątek, więc Potęgowa przygotowała postną potrawę. Potęgowa siedzi na zydelku koło pieca. Na ścianie w pobliżu pieca wiszą rządem suszące się kolby kukurydzy.

POTĘGOWA
Żryjta, chłopoki. Narobiliśta się, to żryjta. Żebyśta mieli siły. A jo przed południem byłam w borze. Przyniosłam taki snop drzewa, se hej.

EDMUND (znad talerza)
Wieczorem porąbię.

POTĘGOWA
(nie dosłysząc; chorowała w dzieciństwie na szkarlatynę i pozostała jej po tym wada Słuchu) Hy?

EDMUND
(odwraca głowę w stronę Potęgowej i mówi głośniej)
Porąbię wieczorem.

POTĘGOWA
A dyć się nie spieszy.

(po chwili milczenia Potęgowa mówi dalej, pół do siebie, pół do Witka i Edmunda)

Na wiosnę wynajmę jakiegoś chłopa, żeby mi rozebrał stodołę, Ko drzewa bede miała moc. Przez cały rok nie bede musiała latać do boru. Ta stodoła to mi tero tak potrzebno, jak dziura w całym. Zboża trzeci rok już me sieje, bo za staro jezdem, żeby sprzątać i zwieźć, to do czego mi ta stodoła? Po prawdzie to ona się już do niczego nie nadaje. Tyla z nij m om pożytku, że podatek za niom musze płacić. Żeby taki jakiściś wielgi wioter chcioł przyjść i jom łobolić, toby było po kłopocie.

Witek i Edmund w tym momencie patrzą na Potęgową, a potem wymownie na siebie. Po chwili Potęgowa ciągnie dalej swój monolog.

Tak jak gdyby głośno rozmyślała. Mówiąc nie patrzy na Witka i Edmunda.

POTĘGOWA
Tak sobie dzisiej w borze dumałam, że może byśta tu zostali na zimę, jakbyśta chcieli. Jakby- się wom nigdzie nie poliło iść. Pierza z kaczek mi się kupa uzbierała, na pierzynę pewnie, będzie. A jakby nie, to się do zimy te małowielka dośkubie. I bym wom dała na góre, tobyśta nie zmarzli, (po chwilce milczenia) Jakbyśta chcieli, tobyśta mogli tu na zawdy sie zostać. Odstąpiłabym wom kawałek ziemi i byśta sie mogli pobudować. Młode jezdeśta, robotne, to co ta lo wos chałupe postawić. Dziewuchy sie za wami oglądajom, ożenilibyśta sie z jakimiś morgami i żyli po pańsku jak prawdziwe gospodarze. Przecież nie możeta całe życie durch po świecie łazęgować jak te latawce.

Jakiś czas potem na strychu, gdzie Witek i Edmund mają swój dormitaż i dokąd po obiedzie wskrabali się po drabinie, żeby się chwile zdrzemnąć. WITEK Wiesz, że pod pierzyną można zniknąć?

EDMUND
Jak zniknąć?

WITEK
Zniknąć. Na zawsze.

EDMUND
Na zawsze? W sposób... nie do odszukania? Do szczętu?

WITEK
Do szczętu i do imentu.

EDMUND
(po chwilce)
Aha. No tak. Rozumiem, No tak. Zwane życie podpierzynowe.

Nad stawem po zegnaniu kaczek

Edmund i Witek siedzą nad wodą. Palą papierosy w starannym milczeniu. Jest po zachodzie słońca. Zmierzch przechodzący w wieczór-junior.

EDMUND
Coś by można trzeba zrobić ze stodołą, zanim stąd ruszymy po 'skończeniu roboty w mule tej epoki.

WITEK
Też tak myślę, (po chwilce) Może po prostu ją rozebrać. Po co Potęgowa ma wynajmować kogoś i mu płacić, jeżeli my tu jesteśmy?

EDMUND
Jasna rzecz. I po co czekać do wiosny, kiedy idzie zima i potrzebne jest drewno do pieca. (po chwilce) Tylko że nie bardzo jest kiedy. Za krótki dzień. Wracamy z kurortu i zostają jakieś zaledwie dwie godziny do zachodu słońca. I tego dnia będzie coraz ubywać na tej półkuli.

WITEK
Możemy w niedzielę. W jedną niedzielę zacząć, w drugą prawie , skończyć.

EDMUND
Nic z tego. Potęgowa nie pozwoli nam pracować w niedzielę. Tu się w niedzielę nie robi, bo to obraza Boska. Chyba że żniwa. Ale poza tym nie. Drobne prace tak, ale to za duża robota jak na świętą niedzielę.

WITEK
(biblijnie)
Będziesz dzień święty święcić. Pójdziesz do kościoła, z kościoła do gospody.

EDMUND
Otóż to.

WITEK
(po chwilce)
Ale patrz: po skończeniu roboty w mule tej epoki i po wypłacie nie musimy od razu ruszać. Możemy zostać. Nie na zimę, jak nam proponowała Potęgowa, ale na dwa, trzy dni. Rozbierzemy stodołę i wtedy - naprzód.

EDMUND
Jasna rzecz, Witek. Zupełnie nie pomyślałem o najprostszym. (uderza się pięścią po głowie i mówi do niej, do głowy) Cretina d'Ampezzo! (po czym śmieją się)

WITEK
(ze śmiechem i z dumą w głosie)
Kto by pomyślał, że ja za ciebie tak praktycznie pomyślę, co? Co?

EDMUND
Raz ja za ciebie, raz ty za mnie. Musimy się dzielić wielkimi odkryciami.

WITEK
(podnosząc w znamienny sposób rękę)
A jak!

EDMUND (po chwili)
Ale wiesz co? Że gdyby nas wiatr, jak to się mówi, wyręczył w obaleniu stodoły, toby było lepiej.

WITEK
To by było ładnie z jego strony. Zaoszczędziłby nam kupę roboty.

EDMUND
To raz, a dwa to to, że Potęgowa dostałaby wtedy odszkodowanie z PZU. Którego nie dostanie, jeżeli my stodołę rozbierzemy. (Witek kiwa głową ze zrozumieniem, Edmund w zamyśleniu) Wiatr by się musiał zerwać porywisty. Taki przynajmniej pięć, sześć stopni w skali Beauforta i Simpsona.

WITEK
Podczas którego "duże gałęzie poruszają [się], druty telegraficzne gwiżdżą, użycie parasoli jest niemożliwe".

EDMUND
(w zamyśleniu)
Tak. Przynajmniej taki. (po chwilce) A gdyby się okazywało, że jednak nie da rady stodoły obalić, tobyśmy mu trochę dopomogli, rozumiesz?

WITEK
Nie. Podoba mi się to, żeby dopomóc wiatrowi, ale jak?

EDMUND
Stodoła z tyłu, od strony pola, nie od strony podwórza, jest mocno podparta drągami, widziałeś, nie?

WITEK
Tak. Teraz rozumiem. Odciągnęlibyśmy te drągi. (Edmund kiwa potakująco głową) Miałoby to wszystko dziać się w nocy, bo lepiej, żeby Potęgowa nic o tym nie wiedziała. (Edmund kiwa potakująco głową) To musimy czekać na wiatr. Na razie go nie widać.

EDMUND
Widu nie widać, lecz wypatrujmy.

WITEK
(przechylając głowę i nadstawiając ucho)
Słychu nie słychać, lecz nasłuchujemy.


Przy źródle

Dziewczyna zatyka drewnianym szpuntem (przymocowanym na stale do łańcuszka) otwór źródła ł odstawia za siebie napełnione wodą czerwone wiaderko.

Witek zeskakuje ze swego murku, siada na przeciwległym obok Edmunda i - wskazując na zwolnione przez siebie miejsce - mówi do dziewczyny:

WITEK
Proszę, może pani chwilkę usiądzie i odpocznie.

DZIEWCZYNA
Dziękuję. Młodzież zasadniczo nie uskarża się ha nogi.

Witek i Edmund unoszą nogi i robią taki zamach do tylu, o mały włos, a zwaliłoby ich z murku rezolutne sformułowanie dziewczyny. Ale łapią równowagę i spoglądają na siebie. Twarze ich są poważne, ale wewnątrz wybuchają salwą śmiechu. (Rzecz do zagrania. Wyjdzie lub nie.)

EDMUND
(do dziewczyny; podchwytując namaszczony, swoisty styl jej odzywki; ale bez ironii) Ta woda ze źródła to pewnie miękka i pewnie do specjalnych przeznaczeń: do parzenia herbaty, do mycia włosów...

DZIEWCZYNA
Do wszystkiego. Nie mamy kanalizacji. Nie mamy w domach kranów z wodą. To jest bolączka naszego miasta, (w tym momencie Witek i Edmund znowu w wymowny sposób spoglądają na siebie) Są dwa źródła i chodzi się po wodę do tego, do którego ma się bliżej. Ale i tak dla niektórych jest bardzo daleko.

WITEK
Och, proszę się nie martwić, my tu jesteśmy między innymi po to, żeby pani odnieść wodę do domu.

DZIEWCZYNA
Dziękuję uprzejmie, ale ja mam akurat bardzo blisko.

EDMUND
Ale kiedy matki robią duże pranie, to wtedy młodzież chyba trochę uskarża się na nogi. (i tę kwestię Edmund wypowiada, bez ironii)

DZIEWCZYNA
Wtedy zasadniczo tak.

EDMUND
Nosiwoda powinien być w mieście, (patrzy na Witka i ciągnie dalej) Nawet dwóch nosiwodów powinno być. Są dwa źródła, więc każdy by miał swoje i swój dookolny teren działania.

WITEK
(do Edmunda)
Jakoś byśmy to ustalili pomiędzy sobą. Te dystrykty.

EDMUND
Nosidła byśmy musieli sobie sprawić. Szondy, jak mówi Potęgowa. W Zagubinie jest jeden fachowiec od tych rzeczy. Obstalowałoby się u niego dwie pary szondów.

WITEK
Ile byśmy brali od kubełka wody? Jaka taryfa? Po dwa. złote od wiadra, ja myślę.

EDMUND
Ja myślę, że to Miejska Rada powinna nam płacić. Normalne pensje.

WITEK
Ale robota na dniówkę czy na akord?

EDMUND
To by się trzeba było zastanowić nad tym wszystkim i, jak to się mówi, wystąpić do władz z propozycją. (po chwilce) W każdym razie robota na zimę to nie jest.

WITEK
Na zimę nie. Za ślisko.

EDMUND
Otóż to. Można się wywalić i się, nie daj Boże, zabić i do końca życia zostać nieboszczykiem.

Śmieją się i śmieją do dziewczyny, a ona do nich.

WITEK
Może pani tymczasem zmieniła zdanie i pozwoli sobie odnieść wodę do domu?

DZIEWCZYNA
Zasadniczo rzadko zmieniam zdanie i naprawdę mam bliziutko. (po chwilce) Na mnie czas. Do widzenia. Bardzo mi było miło z panami podyskutować.

EDMUND
(bez krzty ironii)
Nam również. Nam również. Do widzenia pani.

WITEK
Do widzenia pani.

DZIEWCZYNA
Do widzenia panom.

WITEK
(po odejściu dziewczyny)
Cholernie mi się podobało to czerwone wiaderko.

EDMUND
Takie czerwone wiaderko to jak płachta na takie byki, jak my.

Witek i Edmund piją jeszcze po łyku wody ze źródła i wolniutko ruszają uliczką pod górkę, w przeciwnym niż dziewczyna kierunku.

GŁOS (OFF)
Kto widział, jak tego a tego dnia, o tej a o tej godzinie, w takim a takim miejscu dwóch napiło się wody ze źródła i ruszyło wolniutko uliczką w kierunku też bliżej nie określonym.

Powrót