Siekierezada
albo zima leśnych ludzi
(1971)

Fragment...
      Ale krótki odpoczynek, krótkie wakacje w przytulnych ramionach, w przytulnych gniazdach przegubów i kolan bezmyślności. Podniosłem głowę, spojrzałem w prawo na pole, zobaczyłem tam wronę na śniegu i przypomniał mi się on, który wczoraj, w samą niedzielę, zginął pod kołami. Kto tu nie widzi związku między jednym a drugim, ten nie widzi związku między trzecim i czwartym, szóstym i siódmym, trzynastym i pierwszym. Potem inne myśli się posypały i jeszcze inne, cała lawina, cała kawalkada, całe tabuny, tak że łeb mój miażdżony był pod tysiącliczebnymi kopytami. Ach, nikt nigdy nie będzie wiedział, jakim ciężkim cudem zlepia się potłuczony na drobniutkie części mózg.
      - Co robisz?
      - Kleję mózg.
      - Ach, ty zaraz tak nie wiadomo jak. Powiedziałbyś lepiej jakiś kawał.
      - Powiem ci: jakbyś się nie kręcił, to masz dupę z tyłu.
      - No wiesz! Z tobą naprawdę nie można nigdy kulturalnie porozmawiać.
      Bóg chciał, jak to się mówi, ale ile jest w tym prawdy, że za przejazdem kolejowym złapałem wóz. Stary opel-błyskawica z przyczepą, czyli ogonem, czyli kitą. Ruda długa kita wlokących się za mną długów. Wóz i przyczepa załadowane były wielkimi betonowymi kręgami. Szofer zatrzymał tabor, wylazł z szoferki i przeszedł się dookoła ciężarówki, sprawdzając koła. Dwadzieścia kręgów, jak szybko policzyłem, gdzieś po pół tony każdy, to był ciężar nie byleladajaki. Nie w kaszę dmuchać. Pomogłem szoferowi dokręcić śruby u ośmiu kół wielkim dwuramiennym kluczem. To nam zabrało z piętnaście minut tego. Ale też za to rozgrzałem się nieźle. Potem załadowaliśmy się do szoferki i z wolna ruszyliśmy. Betonowe kręgi z tyłu, choć przepasane łańcuchami, lekko gibały się po platformie i to się wyraźnie czuło w przodzie. Z wolna jechaliśmy. Ostrożnie. Czterdziestką gdzieś. Czterdzieści pięć. Zimowa z resztą droga też nie była do nonszalanckiej jazdy. Do rowu można było się łatwo stoczyć bez specjalnych czyichś modłów. Szofer klął, że mu na bazie tyle napakowali na wóz. Miał przed sobą szmat drogi i przy tym tempie jazdy obliczał, że nie dojedzie na miejsce, do budującej się fabryki farb i lakierów, wcześniej niż pod wieczór. Klął, piorunował taką jazdę i tę całą swoją robotę, że co to za robota, nigdy go w domu nie ma, wpadnie tylko dzieci policzyć, czy nic nie przybyło, czy nic nie ubyło i jazda w drogę.
      - W transporcie robić to jest trochę tak jak marynarskie życie – mówię.
      - Tak jest, panie. Dobrze pan to powiedział. Niech to cholera weźmie.
      Był w złym humorze, nie da się ukryć. Nawet nie miałem czasu spróbować go rozbawić jakąś opowiastką, bo już musiałem wysiadać. Była krzyżówka w środku lasu i nasze drogi tu rozchodziły się. Ja miałem skręcić w lewo, według „Hopla” tablicy w kształcie strzały, a on zasuwał dalej prosto. Musiałem zostawić jego los i towarzyszyć mojemu. Jakieś dziwne wzruszenie nas ogarnęło, kiedy się żegnaliśmy i życzyliśmy sobie powodzenia.

Powrót